Cena ropy Brent zbliżona do 60 USD za baryłkę, najwyższego poziomu od lata 2015 r. – to pierwsza rynkowa konsekwencja referendum niepodległościowego przeprowadzonego w irackim Kurdystanie. Kurdyjski Rząd Regionalny nie ugiął się pod międzynarodową presją i zrobił krok w stronę niepodległości. Kurdowie, dzięki pomocy Amerykanów, faktycznie kontrolowali tereny północnego Iraku od 1991 r., czyli I wojny w Zatoce Perskiej. Po wybuchu drugiej wojny irackiej w 2003 r. ich władza została umocniona i znalazła umocowanie w kruchych strukturach państwowych Iraku. Wojna przeciwko Państwu Islamskiemu pokazała jednak, że kurdyjska autonomia potrafi radzić sobie z wyzwaniami państwowości lepiej niż władze w Bagdadzie. Referendum niepodległościowe przeprowadzono więc nie tylko w granicach irackiego Kurdystanu, ale też na terenach przyległych takich jak np. Kirkuk z jego polami roponośnymi, formalnie będących częścią innych irackich prowincji. – Nasze granice są tam, gdzie stoją nasze czołgi – mówi prezydent kurdyjskiej autonomii Masud Barzani. Referendum niepodległościowe w Kurdystanie, nie niesie za sobą automatycznego ogłoszenia powstania nowego państwa. To jednak poważny krok w stronę secesji. Kurdyjskie władze w Irbilu liczą na to, że zdołają tą secesję wynegocjować z Bagdadem. Iracki rząd grozi im jednak interwencją zbrojną. Iran i Turcja (państwa mające na swoim terytorium duże mniejszości kurdyjskie na terenach przygranicznych) też dają do zrozumienia, że traktują to referendum jako nieprzyjazny krok. Rezerwę zachowują USA i państwa Europy Zachodniej. Jedynie Izrael głośno popiera niepodległościowe dążenia Kurdów. Inwestorzy liczący na zwyżkę cen ropy również nie narzekają. Przecież Irak, czyli drugi spośród największych producentów surowca w OPEC, może się rozpaść.