Skalę zapowiadanej na ten rok ekspansji fiskalnej można szacować na co najmniej 70 mld zł. Rząd wyjaśnia, że wzrost deficytu jest konieczny ze względu na nieoczekiwane wydarzenia, jak wojna czy szok cenowy. Jednak ekonomiści oceniają, że taka ekspansja jest błędna w obecnej sytuacji, obniża skuteczność polityki pieniężnej w walce z inflacją (co zmusza RPP do wyższych podwyżek stóp procentowych), zmniejsza też zaufanie rynków finansów do Polski, co widać po skokowym wzroście rentowności papierów skarbowych. Pojawiają się więc postulaty, by rząd naprawił swoje błędy, bo cenę za nie ponoszą i kredytobiorcy, i podatnicy w postaci wzrostu kosztów obsługę długi państwa. Pytanie jednak, jak można tego dokonać?

Sprawa nie jest prosta, rząd nie może się wycofać z pewnych zobowiązań, takich jak pomoc dla uchodźców czy obniżki podatku PIT. Konieczny jest też wzrost wydatków na edukację, zdrowie, obronność, a także na inwestycje – skoro mamy zacząć wykorzystywać KPO i inne fundusze UE. Co w takim razie powinno iść pod nóż w ramach koniecznego zacieśnienia?

– Pierwszym krokiem powinno być powstrzymanie się przed nowymi, dużymi programami wydatkowymi – ocenia Karol Pogorzelski, ekonomista Banku Pekao. – Jeżeli chcemy opanować pożar inflacyjny, to nie jest czas na ogłaszanie nowych programów socjalnych w dużej skali – zaznacza też Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

Ciekawe, że obecnie nawet ze strony polityków PiS widać pewną wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o przedwyborcze szafowanie publicznym groszem. – Ale nie wiadomo, czy to się wkrótce nie zmieni, a poza tym brak nowych wydatków nie wystarczy, by poprawić coś w obecnej sytuacji – zaznacza Sławomir Dudek, główny ekonomista Fundacji FOR.

Dlatego ekonomiści radzą, by rząd zastanowił się nad sensownością takich programów, jak obniżki stawek VAT na żywność, paliwa i nośniki energii w ramach tarczy antyinflacyjnej, co kosztuje ok. 30 mld zł rocznie. – Dla ograniczenia ekspansji fiskalnej należałoby powoli, stopniowo wycofywać się z tych rozwiązań – mówi Borowski. – Ta tarcza w zasadzie niewiele daje, jeśli chodzi o walką z inflacją. Jeśli rząd chce chronić mniej zamożnych Polaków przed skutkami inflacji, to należy przygotować instrumenty bardziej selektywne, a nie trafiające do wszystkich – wtóruje Adam Antoniak, ekonomista ING Banku Śląskiego.

– Koniec tarczy antyinflacyjnej oznacza podwyżkę podatków – zauważa Pogorzelski. – Ale moim zdaniem rząd nie ma wyjścia. Zresztą wyobrażam sobie też zwiększenie dochodów podatkowych poprzez np. nowe daniny sektorowe, czyli obciążenia nakładane na wybrane branże czy produkty – dodaje. Tego typu podatki udaje się wprowadzać zwykle bez większego oporu, a rząd PiS się nawet w tym wyspecjalizował.

A co ze stroną wydatkową? – Tu trudno wskazać konkretne miejsca do cięcia, może z wyjątkiem wydatków na 14. emeryturę – mówi Dudek. – Ale na pewno potencjał do oszczędzania jest. W Polsce wydatki bieżące w tym i przyszłym roku mają wzrosnąć o 22 proc. w porównaniu z 2021 r., zaś średnia dla krajów UE to wzrost o 5 proc. Skala ekspansji fiskalnej jest niespotykana, rząd musi zacząć ograniczać te zwyżki – podkreśla.