Jeśli spoglądamy na rynki finansowe i ich otoczenie, to można wyróżnić trzy działy zainteresowania: Rezerwa Federalna i jej szef, sezon raportów kwartalnych spółek w USA i w końcu geopolityka, czyli bezsensowna wojna USA z Iranem.
Fed, czyli to, co zrobi już 29 lipca Federalny Komitet Otwartego Rynku (FOMC) i co mówił ostatnio Kevin Warsh, jej szef, jest najprostszym do opowiedzenia segmentem zainteresowań rynków. Uważam, że FOMC stóp nie podniesie, a konferencja prezesa nie da żadnych sugestii odnośnie do tego, co Fed zrobi we wrześniu (w sierpniu banki centralne odpoczywają). Ostatnie dane o inflacji (mocny spadek CPI i PPI) nie dają podstaw do podwyższania stóp. Geopolityka (o czym niżej) może to z czasem zmienić.
Podczas wystąpienia (co pół roku) przed komisjami Izby Reprezentantów i Senatu Warsh trzymał się tego, co zaprezentował podczas pierwszej konferencji prasowej w roli szefa Fedu. Obiecał wtedy, że nie będzie mówił o przyszłości i o prognozowanych ruchach FOMC i rzeczywiście się tego trzymał. W tej sytuacji słuchanie jego konferencji stało się jałowym zajęciem.
Rynki zawsze coś wygrzebią z takich wypowiedzi, na czym usiłują budować piętrowe narracje, ale tak naprawdę Warsh mówi tylko, że Fed opanuje inflację i że jest niezależny od Trumpa. Według mnie to pierwsze niesłusznie uważane jest za „jastrzębiość” szefa Fedu, a to drugie jest swoistym teatrzykiem. Zobaczymy prawdziwe oblicze szefa Fedu, kiedy już nie będzie otrzymywał pytań o jego zależność od Trumpa (były takie pytania członków komisji).
W lipcu ruszył na dobre sezon raportów kwartalnych amerykańskich spółek. Tekst pisałem 22 lipca, od którego to dnia wyniki kwartału zaczęły publikować najważniejsze dla rynku spółki.. Przedtem reakcje rynków na doskonałe wyniki koreańskiego Samsunga czy tajwańskiego TSMC doprowadzały do realizacji zysków, co było swoistym kanarkiem w kopalni przed publikacjami raportów przez amerykańskich gigantów.
Interesujące było to, co działo się przed 22 lipca. Wtedy na rynkach zapanowała przemożna chęć zrealizowania części zysków w sektorze półprzewodników. Ja już w kwietniu i maju mówiłem publicznie (codziennie jestem na X i LinkedIn), że mamy do czynienia z klasyczną bańką spekulacyjną. W lipcu zaczęła pękać, co w trzecim tygodniu miesiąca sprowadziło indeks sektora 20 proc. poniżej szczytu, a koreański KOSPI o 30 proc. poniżej szczytu.
Nawiasem mówiąc, akcje SpaceX, spółki, która miała być ulubienicą spekulantów straciły aż 47 proc. od szczytu i 11 proc. od ceny z IPO, co pokazywało, że „bycze” nastroje rynku są w zaniku. Spółka 4 sierpnia opublikuje wyniki, a 6 sierpnia zostanie zniesiona blokada 911 milionów akcji, co może dodatkowo zaszkodzić notowaniom. Ja uważam, że 70 USD to byłaby być może właściwa cena akcji SpaceX.
20 proc. spadku uważane jest w USA za granicę, po przekroczeniu której rozpoczyna się bessa. Oczywiste więc było, że będzie to poziom, na którym po prostu muszą wkroczyć „łapacze dołków”. Wkroczyli, a pretekstem był wzrost eksportu z Korei i Tajwanu. Odbicie w sektorze półprzewodników było bardzo mocne (5,2 proc.), co typowe jest dla rynków, na których dominuje czysta spekulacja (na przykład na rynku srebra).
Kolejne dziesięć dni to kluczowy okres dla Wall Street i nastrojów na rynkach. Raporty amerykańskich gigantów i posiedzenie FOMC (to ostatnie niezbyt istotne) powinny pokazać rynkom kierunek na nieco dłużej. Oczekiwania, prognozy przed tymi publikacjami były bardzo optymistyczne – przeciętny zysk spółek z indeksu S&P 500 miał wzrosnąć o 23 proc. w stosunku do drugiego kwartału 2025 r. Mogło się więc okazać, że nawet doskonałe wyniki spotkają się z realizacją zysków.
Gigantom zajmującym się sztuczną inteligencją może też szkodzić to, co dzieje się w Chinach. Od czasu do czasu mówię, że inwestorzy nie doceniają tego, co robią Chiny w tym sektorze. W lipcu pojawił się model Kimi K3 produkowany przez chiński startup Moonshot AI. Eksperci twierdzą, że jest to kolejny przełomowy moment dla chińskiego sektora technologii (porównywalny do premiery DeepSeek R1 z początku 2025 r.). To jest otwarty model AI, który cechują wysokie osiągi przy niskim koszcie.
Nawiasem mówiąc, czytałem analizę, w której pisze się, że giganci z USA powoli przechodzą z subskrypcyjnego modelu korzystania z ich produktów na model, w którym płaci się za liczbę wykorzystanych danych. Taką jednostkę, w której rozliczane jest użycie mocy obliczeniowej, nazywa się „tokenem”. Podobno taki „token” z USA kosztuje około 4 USD, a podobny z Chin tylko 0,18 USD. Świat wydaje się tego nie zauważać, ale w końcu zauważy.
Z pewnością zauważą to firmy, których dotknie przejście z subskrypcji na opłaty za użycie mocy obliczeniowej. Ich koszty będą mocno rosły, a to z kolei spowoduje w części firm rezygnację z użycia AI dostarczanej przez amerykańskie firmy. Na razie jednak świat finansów tego nie dostrzega, ale to nie znaczy, że możemy tego nie obserwować.
Pora już zająć się geopolityką, w której nie dzieje się nic dobrego. Za sobą mamy urodziny Trumpa, 250-lecie USA, mundial, więc zniknęły bezpośrednie powody, dla których Trump musiał podpisać jakieś porozumienie z Iranem. Podpisane Memorandum of Understanding (MoU) okazało się niezwykle kruche. Strony bez przerwy się atakowały.
Na domiar złego partyzantka Houthi w Jemenie zagroziła zamknięciem cieśniny Bab al-Mandab (Brama Łez), czyli zagroziła eksportowi ropy z Arabii Saudyjskiej. Ropa WTI w dniu pisania tekstu ruszyła ku 90 USD za baryłkę. Rynki akcji zdawały się tego nie dostrzegać, ale jeśli wrócimy do poziomów z marca–kwietnia (115 USD) to indeksy zareagują.
Na tle innych giełd sytuacja na GPW wyglądała po prostu znakomicie. WIG bił rekordy wszech czasów, a WIG20 za wszelką cenę starał się pobić rekord z 2007 r. Nawet słabość sektora bankowego nie była w stanie zatrzymać obozu byków. Słabość ta wynikała z kolejnego ataku minister Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz (i byłego premiera Morawickiego) na sektor bankowy.
Pani minister ma idée fixe, zgodnie z którą zła decyzja podniesienia CIT dla banków to za mało – trzeba sektorowi zabrać jeszcze więcej i tymi pieniędzmi zrekompensować podniesienie drugiego progu podatkowego ze 120 tys. do 140 tys. zł. Ta waloryzacja jest sensowna, ale nie takim kosztem, bo może się okazać, że część ludzi, którzy mogliby skorzystać na waloryzacji nie skorzysta, bo nie będzie miała pracy. Banki to przecież odpowiednik krwioobiegu dla gospodarki. Miejmy nadzieję, że te złe pomysły nie znajdą posłuchu u premiera.
Siła GPW jest wprost niezwykła, ale jeśli połączy się realizację zysków z akcji w USA z dalszym pogorszeniem geopolitycznym, to nasza letnia hossa zakończy się bardzo szybko. Jeśli jednak raporty kwartalne nie doprowadzą do spadków na Wall Street, a Trump postanowi wstrzymać się z atakami na Iran, to WIG20 będzie atakował 4000 pkt.