Gospodarka

Fundacje będą inwestowały coraz więcej

Rozmowa „parkietu” z Tomaszem Perkowskim, wiceprezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, odpowiedzialnym m.in. za inwestycje kapitałowe
Foto: GG Parkiet

[b]Ile warte są inwestycje Fundacji na rzecz Nauki Polskiej?[/b]

W różne instrumenty finansowe mamy obecnie zainwestowane ponad 360 mln zł. Z tego za około 60 mln zł kupiliśmy na własny rachunek obligacje skarbowe. Pozostała kwota podzielona jest na trzy mniej więcej równe części i zarządzana w ramach usługi asset management przez Credit Suisse AM i ING IM oraz ulokowana w fundusze z grupy TFI Opera. [b]Dlaczego właśnie te instytucje?[/b]

Z Maciejem Kwiatkowskim, prezesem Opery TFI, Fundacja współpracowała już wcześniej, gdy zarządzał on częścią jej aktywów w Creditanstalt, a później w BRE Asset Management. Sześć–siedem lat temu zaczęliśmy przekształcać nasz portfel i szukaliśmy instytucji, która pozwoli nam na dywersyfikację inwestycji, m in. poprzez wejście na rynki surowcowe czy akcyjne i obligacyjne rynki zagraniczne. Kilka lat temu wybór odpowiadających nam funduszy był niewielki. W zasadzie jedynie Opera oferowała takie rozwiązania – zarządzała niebenchmarkowo i działała na wielu rynkach. Do tego zaoferowała interesujący dla nas system „success fee – high water mark”, czyli pobieranie marży od zysku dopiero w momencie pokonania poprzedniego szczytu wyceny funduszu. Już wcześniej, od 2003 roku, współpracowaliśmy z ING Investment Management, a w 2005 roku podpisaliśmy także umowę z Credit Suisse Asset Management. Strategia inwestycyjna tych portfeli – nazwijmy je konserwatywnymi – jest skierowana głównie na papiery skarbowe oraz w 20–30 proc. na akcje z GPW.

[b]Ile rocznie fundacja musi zarabiać na inwestycjach, żeby realizować cele statutowe?[/b]

Rocznie na cele statutowe, nie licząc wydatków administracyjnych, wydajemy 20–25 mln zł z tzw. żelaznego kapitału fundacji. Musimy także pokryć koszta inflacji – aby zachować realną wartość naszych aktywów – oraz koszty administracyjne. Potrzebujemy zatem średniorocznego zwrotu z inwestycji na poziomie 8–10 proc. W sumie od początku działalności, od 1991 r., wydaliśmy bezpośrednio na realizowane przez nas programy ponad 360 mln zł. Startowaliśmy natomiast z kapitałem 95 mln zł odziedziczonym po Funduszu Rozwoju Nauki i Techniki. Od dwóch lat finansujemy nasze nowe programy z funduszy strukturalnych w ramach programu operacyjnego „Innowacyjna gospodarka”, jednak te środki oczywiście nie są inwestowane. [b]Około pięciu lat temu, gdy powstawało Opera TFI, do stworzonego specjalnie dla Fundacji funduszu Opera FNP SFIO włożyliście państwo około 100 mln zł. Przed kilkoma tygodniami kapitał został wycofany. Dlaczego?[/b]

Nie wycofaliśmy się ze współpracy z Operą TFI, a jedynie podzieliliśmy nasze inwestycje pomiędzy różne fundusze z grupy Opera, głównie Universa, Universa Plus, Avista i Avista Plus. Zrobiliśmy tak, by mieć większą kontrolę nad inwestycjami. Teraz łatwiej nam zarządzać ryzykiem całego portfela, ponieważ lepiej znamy jego strukturę, wiemy, ile środków mamy w danej chwili ulokowanych w bardziej ryzykownych aktywach, np. akcjach czy obligacjach korporacyjnych, a ile w bezpiecznych, np. obligacjach skarbowych. Obecnie bardziej ryzykowne aktywa stanowią 25–35 proc. naszego kapitału. [b]Nie miał pan kontroli nad inwestycjami w Opera FNP?[/b]

Taka jest specyfika funduszy inwestycyjnych, w których inwestor nie ma bezpośredniego wpływu na bieżącą działalność funduszu. Jedynie ze sprawozdań finansowych, po fakcie, mogliśmy się dowiadywać, w co inwestowane były aktywa, a statut funduszu przewidywał bardzo elastyczne limity inwestycyjne. Jako jedyny inwestor funduszu nie mogliśmy, zgodnie z przepisami prawa, tworzyć tzw. rady inwestorów. Zasiadałem jedynie w radzie nadzorczej Opery TFI, jednak to nie uprawniało mnie do bezpośredniego nadzoru nad inwestycjami funduszu. Teraz, po rezygnacji ze stworzonego specjalnie dla Fundacji wehikułu inwestycyjnego, zrezygnowałem także z zasiadania w radzie towarzystwa. [b]W funduszu Opera FNP, licząc od początku jego działalności, zarobiliście mniej niż 10 proc. Czy biorąc pod uwagę krach na giełdach oraz późniejsze odbicie, to satysfakcjonujący wynik?[/b]

Nie będę ukrywał, że nie jesteśmy zachwyceni tym wynikiem. Nie tyle stratami w czasie giełdowych spadków, ile słabym odbiciem podczas giełdowych zwyżek w 2009 r. Patrząc na wyniki, nie możemy jednak zapomnieć, iż od 2005 r. korzystaliśmy z wypracowywanych corocznie przez fundusz zysków na bieżące finansowanie naszych programów. Część środków z funduszu Opera FNP zaczęliśmy także przenosić przed załamaniem giełdowym w bardziej bezpieczne inwestycje. Dzięki temu strata z inwestycji Fundacji w 2008 r. wyniosła jedynie 9 proc. Jednak z kolei w 2009 r. nie w pełni skorzystaliśmy z odbicia na rynkach akcyjnych i rentowność naszych aktywów wyniosła niezbyt imponujące 8,9 proc. [b]Czy planuje pan zmiany firm zarządzających kapitałem fundacji?[/b]

Radykalnych zmian nie planujemy. Przymierzamy się do utworzenia wspólnie z Operą funduszu venture capital, który pomagałby nam w transferze technologii z nauki do przemysłu poprzez wsparcie młodych firm. Ze swojej strony przeznaczymy na to 20 mln zł. Ponadto jesteśmy w trakcie poszukiwania TFI, które utworzyłoby dla nas fundusz inwestujący w strefie euro i rozliczający się w tej walucie. Dzięki temu zabezpieczylibyśmy nasze wydatki programowe (m.in. na stypendia zagraniczne) w euro. Na to przeznaczymy około 40 mln zł w ramach różnych alokacji w naszym portfelu inwestycyjnym.

[b]Czy FNP planuje inwestować bardziej agresywnie?[/b]

Na razie nie, choć pewnie za kilka lat będzie to nieuniknione. Na razie na naszym rynku, który zaliczany jest nadal do wschodzących, stopy zwrotu zarówno z akcji, jak i z obligacji są relatywnie wysokie. Ale premia za ryzyko się zmniejsza, więc spada oczekiwana stopa zwrotu. A z kolei poziomu naszych wydatków programowych nie chcemy znacząco zmniejszać. [b]Jakie jeszcze inne fundacje czy organizacje pozarządowe w Polsce są aktywnymi inwestorami na rynku kapitałowym?[/b]

Można tu wskazać na Fundację Batorego, Akademię Rozwoju Filantropii czy też takie fundacje, jak „Mimo wszystko” Anny Dymnej czy „Akogo” Ewy Błaszczyk. W sumie jednak inwestują one zapewne nie więcej niż 100–150 mln zł. [b]Spodziewa się pan, że organizacje pozarządowe w Polsce będą inwestowały coraz więcej?[/b]

Są fundacje, które planują budowę swoich kapitałów żelaznych. Na razie fundacje, które otrzymały spore środki z wpłat z 1 proc., inwestują głównie w nieruchomości. Traktowałbym to jednak jako pierwszy etap. Gdy uświadomią sobie, że inwestycja w nieruchomości generuje sporo kosztów, będą musiały wybierać między działalnością gospodarczą a inwestycjami na rynku kapitałowym. To pierwsze w kontekście fundacji nadal źle się kojarzy. Mam więc nadzieję, że w ciągu najbliższych 10–15 lat powstanie w Polsce grupa mocnych fundacji działających w oparciu o kapitały żelazne i aktywnie inwestujących na rynkach finansowych.

[b]Dziękuję za rozmowę.[/b]

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.