REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Świat

Reanimowanie gospodarek tylko pogłębiło problemy

Rozmowa z Peterem Schiffem, znanym strategiem giełdowym, założycielem
i prezesem firmy inwestycyjnej Euro Pacific Capital
Foto: ROL

[b]Coraz częściej słychać ostrożne deklaracje, że recesja w USA i w światowej gospodarce dobiegła końca. Pan jednak sądzi, że ożywienie jest złudne.[/b]

Niektórzy ekonomiści twierdzą, że recesja się skończyła, lecz istnieje ryzyko jej drugiej odsłony. Moim zdaniem nie należy mówić w tym kontekście o dwóch recesjach. Według mnie są to elementy jednej długotrwałej recesji, którą – patrząc z dalszej perspektywy – będziemy nazywali depresją. W czasie depresji mogą występować okresy, w których PKB będzie rósł, potem jednak znów będzie spadał. Może to trwać nawet dekadę lub dłużej.

[b]Kiedy to chwilowe odbicie się skończy i koniunktura ponownie się załamie?[/b]

Uważam, że pod koniec tego roku albo w 2011 r. odczyty PKB znów będą ujemne. Jednak nawet to ożywienie, do którego dojdzie w międzyczasie, będzie pozorne. Stopa bezrobocia będzie rosła, a pod koniec tego „ożywienia” będzie wyższa niż na początku.

[b]Czy istnieje jakaś możliwość przeciwdziałania takiemu rozwojowi wydarzeń? [/b]

Dotychczas nie rozwiązano żadnego z problemów, które leżą u źródeł kryzysu. Przeciwnie – zostały one pogłębione działaniami stymulacyjnymi. Amerykański rząd odwleka tylko moment otrzeźwienia, wydając coraz więcej pożyczonych pieniędzy. Jest to sztuczny bodziec dla gospodarki, którego na dłuższą metę nie da się utrzymać. Bodziec ten pogłębia nierównowagę gospodarczą, która wywołała kryzys, więc opóźnione dzięki niemu załamanie będzie jeszcze bardziej dotkliwe.

[b]Waszyngton i inne rządy Zachodu uważają jednak, że źródłem kryzysu były luki w systemie regulacji sektora finansowego. Wydaje im się więc, że proponując reformę regulacyjną, rozwiązują kluczowy problem.[/b] Dopóki Rezerwa Federalna będzie się upierała przy utrzymywaniu stóp procentowych na zaniżonym poziomie, dopóty będzie zaburzała gospodarkę. To bowiem tani pieniądz finansuje nietrafione inwestycje i lekkomyślną spekulację. Jak długo rząd będzie gwarantował i subsydiował niektóre kredyty, np. hipoteczne, edukacyjne czy konsumpcyjne, tak długo alokacja kapitału będzie zaburzona, tłumiąc przemysł i zatrudnienie. Manipulowanie regulacjami nie rozwiąże tych problemów. Stany Zjednoczone już teraz są zresztą przeregulowane.

[b]Jeśli Waszyngton utrzyma luźną politykę pieniężną i fiskalną, pogłębi problemy stanowiące źródło kryzysu. Jeżeli jednak zacznie podnosić stopy procentowe i ograniczać wydatki, przerwie to „sztuczne” ożywienie, które obecnie obserwujemy. Wygląda więc na to, że druga odsłona kryzysu jest nieunikniona.[/b]

Dokładnie tak. Musimy rozwikłać nierównowagę w gospodarce USA sprowadzającą się do tego, że Amerykanie zbyt dużo pożyczają, konsumują i importują, a za mało oszczędzają, produkują i eksportują. Nie da się tego zrobić bez bólu, bez kurczenia się PKB. Taka recesja może trwać rok, może dwa, ale gdy ta rynkowa restrukturyzacja się skończy, gospodarka będzie w znacznie lepszej kondycji. Moglibyśmy wówczas efektywniej alokować nasze zasoby, stwarzać nowe miejsca pracy, szanse biznesowe... To jednak nie nastąpi, dopóki rząd się nie usunie na bok. Za każdym razem, gdy rząd nie pozwala gospodarce ponieść konsekwencji błędów przeszłości, dodatkowo te błędy zaognia, a czas potrzebny na ich naprawienie się wydłuża. Na domiar złego odsuwanie tego, co nieuniknione, sprawia, ze w międzyczasie w gospodarce nie dokonuje się postęp. Ostatecznie, zamiast dwóch chudych lat, będziemy mieli dekadę lub dwie stagnacji.

[b]Jakie będą tego konsekwencje dla rynku akcji? Zacznijmy od krótkiej perspektywy. [/b]

W krótkiej perspektywie rynki są irracjonalne, więc trudno powiedzieć, jak się zachowają. Mogę jedynie powiedzieć, że na amerykańskiej giełdzie utrzymuje się długotrwała bessa, która rozpoczęła się w 2000 r. Spodziewam się, że w ujęciu realnym będzie ona trwała nadal: indeksy stracą na wartości, jeśli wycenimy je w złocie lub w innych niż dolar walutach. Nie sądzę natomiast, aby światowy rynek akcji zanurkował do minimów z przełomu 2008 i 2009 r., ale czeka go wyboista droga. Zawirowania się zaczną, gdy pęknie największa bańka, z jaką mamy do czynienia: na rynkach amerykańskich obligacji i dolara. W USA kryzys dopiero wtedy rozpocznie się na dobre, co nie pozostanie bez wpływu na resztę świata.

[b]Kiedy to nastąpi?[/b]

Może się to stać w każdej chwili. Nie można jednak wiedzieć tego na pewno, bo jest zbyt wiele niewiadomych. Nie wiadomo np., kiedy Chiny, Japonia, kraje arabskie itd. zaczną wyprzedawać amerykańskie obligacje. Kiedy przestaną utrzymywać sztywne kursy swoich walut wobec dolara i pozwolą na ich aprecjację. Załamanie dolara jest jednak nieuniknione. USA potrzebują tak olbrzymich kwot z zagranicy, aby finansować swoje długi, że wkrótce świata nie będzie na to stać. Oczywiście w krótkim terminie dolar może się umacniać. Na razie jest wciąż główną walutą rezerwową świata. Status ten z pewnością jednak straci.

[b]Jak silna będzie przecena dolara?[/b]

Załamanie może być gwałtowne. Sądzę, że dolar straci co najmniej połowę wartości wobec innych głównych walut. Wobec jednostek płatniczych wielu państw rozwijających się, np. juana, straci znacznie więcej – 75 proc., może więcej. Wszystko jednak zależy od tego, jak Waszyngton na to zareaguje. Jeśli rząd nie zmieni swojej dotychczasowej polityki, dolar może się stać zupełnie bezwartościowy.

[b]Rozumiem, że w tej sytuacji oczekuje pan hossy na rynkach surowcowych? Niedawno wskazywał pan, że złoto może podrożeć nawet do 5 tys. USD za uncję (w porównaniu z 1085 USD obecnie).[/b]

Do surowców jestem wciąż nastawiony entuzjastycznie. Ceny złota z pewnością sięgną 5 tys. USD. Nie wiem dokładnie kiedy, ale sądzę, że stanie się to relatywnie szybko.

[b]W ubiegłym roku przekonywał pan, że wobec oczekiwanego załamania dolara dobrą inwestycją powinny być niektóre bezpieczne waluty. [/b]

Nie uważam, aby jakąkolwiek walutę można było nazwać naprawdę bezpieczną. Każdy rząd może bowiem wydrukować zbyt wiele pieniędzy. Możemy jednak mówić o relatywnym bezpieczeństwie. Preferuję azjatyckie waluty, np. chińską i singapurską, niektóre waluty skandynawskie, np. norweską, a także dolara australijskiego. Ogólnie proponuję inwestowanie w waluty tych państw, które są bogate w surowce, mają wysoką stopę oszczędności i zdrowy bilans handlowy.

[b]Jakie jest pana nastawienie do wschodzących rynków akcji?[/b]

Rynki wschodzące nadal charakteryzują się dużą zmiennością. Jednak w długiej perspektywie, gdy gospodarka amerykańska będzie się pogrążała, te państwa będą zdobywały coraz większy udział w światowym PKB. Zamiast kupować duże ilości amerykańskich obligacji i eksportować towary do USA, kraje rozwijające się w coraz większym stopniu będą handlowały między sobą, produkowały na potrzeby własnych konsumentów oraz inwestowały oszczędności i nadwyżki we własne gospodarki.

[b]Niedawno pochwalił pan polski rząd za prorynkowe nastawienie, które uodporniło nasz kraj na zawirowania. W naszym regionie są jednak państwa, które na drodze liberalizacji zaszły znacznie dalej, np. Estonia, a które mimo to popadły w głęboką recesję. Czy nie sądzi pan, że odporność polskiej gospodarki miała związek nie tyle z polityką rządu, ile z niewielkim uzależnieniem od eksportu?[/b]

Nie podważam tego, że Polska ma jeszcze daleką drogę przed sobą, jeśli chodzi o uwalnianie rynków od nadmiernych regulacji. Dotyczy to zwłaszcza rynku pracy, gdzie podatkowe koszty zatrudnienia są wciąż wysokie. W Polsce są jednak ludzie, którzy zdają się rozumieć ekonomię, i którzy na przestrzeni lat podjęli wiele dobrych decyzji. Z pewnością minister finansów rozumie problemy związane z polityką taniego pieniądza, luźnej polityki kredytowej, subsydiowanych kredytów. Ma świadomość, że teoria Johna Maynarda Keynesa to nonsens, że koniunktura nie jest funkcją wydatków, tylko oszczędności. Uważam, że to przesądziło o waszej przewadze nad niektórymi sąsiednimi państwami. Ten dobry klimat się utrzyma, jeśli rząd będzie w stanie kontynuować liberalizację, ograniczać swoją wciąż zbyt dużą rolę w gospodarce. Najlepszą metodą zapewnienia wszystkim obywatelom dobrobytu jest zbudowanie gospodarki bazującej na wolnym rynku. Wymaga to m.in., aby rząd przestał dyktować wysokość płac i świadczeń społecznych i porzucił zamiar zbudowania „państwa dobrobytu”.

[b]Czy nasz rząd powinien dążyć do szybkiego wstąpienia do strefy euro?[/b] Polski rząd powinien bacznie obserwować, jak Unia Europejska postępuje z krajami o nadmiernym deficycie budżetowym i długu publicznym, takimi jak Grecja. Jeśli Europejski Bank Centralny pospieszy jej z pomocą, np. zacznie skupować greckie obligacje, albo większe państwa eurolandu obejmą te papiery gwarancjami, byłby to zły znak. Stworzyłoby to bowiem w strefie euro pokusę nadużycia, doprowadziło do zwiększenia wydatków publicznych przez wszystkie państwa tego regionu, a ostatecznie wywołało inflację. W takiej sytuacji obawiałbym się przyjęcia euro. Strefa euro, zamiast zmuszać polski rząd do większej dyscypliny w polityce fiskalnej, zachęcałaby bowiem do jej rozluźnienia. Gdyby jednak UE zmusiła grecki rząd do ograniczenia wydatków albo pozwoliła mu na ogłoszenie niewypłacalności, euro stałoby się silniejsze. Wówczas przyjęcie wspólnej waluty byłoby w interesie Polski.

[b]W ostatnich latach mogliśmy jednak obserwować, że w niektórych państwach, głównie w Hiszpanii i Irlandii, przyjęcie euro doprowadziło do baniek na rynkach nieruchomości. EBC utrzymywał bowiem stopy procentowe na zbyt niskim dla tych krajów poziomie.[/b]

Obecnie polityka pieniężna EBC jest zdecydowanie zbyt luźna. Dlatego sądzę, że gdyby rząd w Warszawie potrafił zdyscyplinować się sam, bez nadzoru KE i EBC, nie musiałby się spieszyć z akcesją. Kluczową sprawą jest bowiem to, aby rząd nie wykorzystywał możliwości drukowania pieniędzy do sztucznego podkręcania gospodarki, do kupowania zwycięstwa w wyborach itp. Podkopuje to gospodarkę, grozi inflacją i wprowadza zaburzenia, która spowalniają wzrost gospodarczy. Jeśli władze potrafią się od tego powstrzymać bez zewnętrznej presji, niekoniecznie odniosłyby korzyści z przyjęcia euro.

[b]Dziękuję za rozmowę.[/b] [ramka][b]Prognozy po części trafne[/b]

Peter Schiff, zwolennik szkoły austriackiej w ekonomii, wiele lat przed kryzysem ostrzegał, że amerykańska gospodarka przypomina „wielką piramidę finansową”, która musi się załamać. Choć prognozy te się sprawdziły, co przyniosło mu znaczny rozgłos, 46-letni strateg pozostaje sceptykiem. Jak twierdzi, spełniły się jego obawy, że prawdziwą katastrofą będzie nie tyle kryzys, ile reakcja Waszyngtonu. Za namową swoich sympatyków Schiff postanowił wziąć sprawy w swoje ręce: w listopadowych wyborach będzie się ubiegał o miejsce w Senacie.W kwietniu ub.r. Schiff przekonywał w rozmowie z „Parkietem”, że trwające wówczas od miesiąca ożywienie na Wall Street to korekta bessy, a marcowe dołki zostaną jeszcze przebite. Hossa trwa jednak do dzisiaj. Mimo to prezes Euro Pacific Capital nie mylił się całkowicie. Nie wykluczał bowiem możliwości, że korekta potrwa nieco dłużej, a poziom indeksu S&P500 dojdzie do około 1000 pkt. Dziś oscyluje on wokół 1080 pkt. Zachęcał również do inwestowania w surowce. Wprawdzie cena ropy naftowej nie doszła w 2009 r. do 100 USD za baryłkę, jak wówczas prognozował, ale i tak zyskała 61 proc. [/ramka]

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA