Ludzie rynku

Dzięki aktywnym rządom pandemia wywołała tylko usterkę w cyklu

Z głównym ekonomistą Banku Pekao Ernestem Pytlarczykiem rozmawia Grzegorz Siemionczyk.
Foto: Archiwum

W ciągu niespełna miesiąca dwa razy zrewidowaliście swoje prognozy dotyczące skali recesji w Polsce. Jeszcze na początku sierpnia oczekiwaliście spadku PKB o 4,5 proc., pod koniec sierpnia o 3,5 proc., a obecnie o 2,4 proc. Ta ostatnia prognoza stawia was w gronie największych optymistów w ocenie perspektyw polskiej gospodarki. Czym podyktowane były te rewizje?

W połowie sierpnia dowiedzieliśmy się, że spadek PKB w II kwartale był mniejszy niż zakładała większość ekonomistów, z nami włącznie. Kolejne dane pokazały zaś, że za ten spadek w największym stopniu odpowiadały tradycyjne sektory cykliczne, tzn. przemysł, budownictwo i handel detaliczny. W tych sektorach – z wyjątkiem budownictwa – w III kwartale doszło do wyraźnego odbicia aktywności. Z kolei te sektory, jak np. hotelarstwo i gastronomia oraz usługi kulturalne i rekreacyjne, gdzie koniunktura pozostaje słaba, mają relatywnie mały udział w tworzeniu PKB. Na tej podstawie oceniamy, że w III kwartale PKB w ujęciu kwartał do kwartału i po odsezonowaniu może wzrosnąć o około 8 proc. (po spadku o 8,9 proc. w II kwartale), co przełoży się na spadek rok do roku o 1–2 proc. W IV kwartale ożywienie się wypłaszczy, odroczony popyt z II kwartału zostanie zrealizowany wcześniej, a jednocześnie słabe będą inwestycje. Ale nawet biorąc to pod uwagę wychodzi nam, że w całym 2020 r. PKB spadnie o około 2,4 proc.

Zwykle jest tak, że im lepsze są prognozy na ten rok, tym gorsze na kolejny. To efekt wyższej bazy odniesienia. Tymczasem wy podtrzymaliście prognozę wzrostu w 2021 r. o ponad 5 proc. Dlaczego?

Nasza rewizja prognozy na 2020 r. wynikała z mniejszego od oczekiwań spadku PKB w II kwartale i silniejszego od wcześniejszych założeń odbicia w III kwartale. Prognozy na IV kwartał br. nie zmieniliśmy, dlatego nie ruszyliśmy też prognozy na przyszły rok. Istnieją powody, aby sądzić, że to będzie bardzo udany dla gospodarki okres. Po pierwsze, pojawi się dopalanie ze środków unijnych, a słabość inwestycji prywatnych kompensować będą inwestycje infrastrukturalne. Bardzo prawdopodobne jest też to, że pojawi się szczepionka na Covid-19.

W jednej z ostatnich analiz pisaliście, że wywołana pandemią Covid-19 recesja zaczyna coraz bardziej przypominać „krótką usterkę w cyklu", a nie głęboki, transformacyjny wstrząs, jakim był np. globalny kryzys finansowy. Pandemia nie będzie miała trwałych gospodarczych następstw?

Na dzień dzisiejszy jasne jest, że następstwem pandemii będzie np. znaczący wzrost zadłużenia państw. Ale właśnie dzięki temu, że sektor publiczny wziął na siebie uderzenie, bilanse sektora prywatnego nie zostały mocno obciążone. Po globalnym kryzysie finansowym było inaczej, przez lata trwało delewarowanie (oddłużanie – red.) w sektorze prywatnym, a banki były w złej kondycji. To były konsekwencje pęknięcia bańki na rynku nieruchomości. Teraz żadna bańka nie pękła, nie trzeba po niej sprzątać. Ograniczenia aktywności ekonomicznej wprowadzone wiosną były utrzymywane na tyle krótko, że w niektórych sektorach gospodarki nic się nie zmieniło. W Polsce dotyczy to sektorów odpowiadających za około 40 proc. wartości dodanej brutto. W innych, np. w przemyśle i handlu detalicznym, aktywność wróciła praktycznie do poziomu sprzed pandemii, bo moce wytwórcze nie zostały uszczuplone. Recesja przybierze więc teraz charakter sektorowy, związany ze zmianami stylu życia. We wrażliwych na to branżach, np. kinowej, możliwe są restrukturyzacje i zwolnienia. Ale i tu jest wiele niewiadomych. Za rogiem widać już szczepionkę, o samym wirusie coraz więcej wiemy, nauczyliśmy się z nim żyć.

Czy nie jest za wcześnie na taki optymizm? W Niemczech w sierpniu 4,6 mln osób, czyli 14 proc. pracowników podlegających ubezpieczeniom społecznym, wciąż pracowało w ograniczonym wymiarze czasu. Od maja odsetek ten zmalał z ponad 20 proc., ale wciąż jest spory. W największej gospodarce Europy do normalności jest wciąż daleko, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie stopa bezrobocia wciąż jest trzykrotnie wyższa niż przed pandemią...

Niemcy mają olbrzymią przestrzeń fiskalną i z niej korzystają. Dobrze wiedzą, że w Europie nie można sobie dziś pozwolić na „austerity", bo skutki społeczne byłyby fatalne. Starają się więc podtrzymać popyt. To pokazuje, że Niemcy wyciągnęli lekcję z historii. Po reformach rynku pracy znanych jako Hartz IV doszło tam do spadku konsumpcji, a w ślad za tym osłabły inwestycje. Teraz mogą uniknąć takich konsekwencji. Jeszcze po globalnym kryzysie finansowym taka polityka budziła kontrowersje, dzisiaj już nie. Na Zachodzie widać już zrozumienie tego, że ciężar walki z kryzysami może udźwignąć tylko rząd, który ma dłuższy horyzont optymalizacji niż sektor prywatny. Nie musi spłacać swoich długów, może je rolować, szczególnie w warunkach historycznie niskich kosztów ich obsługi. To, że w większości sektorów ten kryzys może być tylko usterką w cyklu, to w dużej mierze zasługa państw, polityki fiskalnej.

A co z tymi długofalowymi konsekwencjami pandemii, które mogłyby być z polskiej perspektywy korzystne, jak np. skracanie i europeizowanie łańcuchów dostaw. Takich zmian też nie będzie?

Te zmiany pewnie będą, ale one mają bardziej związek z geopolityką, z bezpieczeństwem. Pandemia to tylko katalizator pewnych procesów, które i tak by zaszły. Już wojna handlowa USA z Chinami sprzyjała „nearshoringowi", pandemia to uwypukliła. Podobnie jest w przypadku „zielonej" transformacji energetycznej. Inwestycje szły w tym kierunku już przed pandemią, ale teraz – w związku z konieczną stymulacją fiskalną – będzie ich jeszcze więcej.

W Polsce popularna jest teza, że nasza gospodarka okazała się wyjątkowo odporna na kryzys. I rzeczywiście, patrząc łącznie na pierwsze dwa kwartały br., w UE płytszej niż my recesji doświadczyły tylko kraje bałtyckie i skandynawskie. Z waszej niedawnej analizy wynika jednak, że jeśli mierzyć wpływ pandemii na gospodarki odchyleniem produkcji i sprzedaży od trendu, to w Polsce wcale nie był on wyjątkowo mały...

Trend mieliśmy bardziej stromy, a to sprawia, że dane odchylenie od trendu oznacza u nas mniejszy spadek aktywności w ujęciu rok do roku niż w gospodarce, gdzie trend był bardziej płaski. Natomiast na to, że kryzys dotknął nas jednak mniej niż większość krajów UE, wskazują dane z rynku pracy.

Według danych Eurostatu tylko Chorwacja doświadczyła w II kwartale mniejszego spadku zatrudnienia – rozumianego jako liczba przepracowanych godzin – niż Polska. Z czego to wynika?

U nas przebieg epidemii był stosunkowo łagodny, więc ograniczenia aktywności ekonomicznej mogły być mniejsze. Nawet wiosną bez zakłóceń funkcjonowały budowy, większość zakładów produkcyjnych też była otwarta. No i tarcze anktykryzysowe i finansowa były skuteczne. Nawet jeśli firmy skarżyły się początkowo, że pomoc przychodzi za późno, to jednak miały powody, aby powstrzymać się od zwolnień. Dane z kont przedsiębiorstw pokazują, że w wielu przypadkach tarcze z nawiązką skompensowały utratę przychodów związaną z Covid-19.

Jak dotąd masowych zwolnień faktycznie nie było. Stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła nieznacznie, z 5,5 proc. przed pandemią do 6,1 proc. w lipcu. Czy na tym poziomie się zatrzyma?

Większość zwalnianych w trakcie pandemii pracowników miała miesięczne wypowiedzenia, więc to już w danych o bezrobociu powinno być widać. Ale strukturalne zmiany w gospodarce będą jeszcze zachodziły, będą znikały etaty w słabych branżach. Szczególnie że jesień może być okresem powrotu do pewnego samoograniczenia konsumentów. Chociaż nie spodziewam się ponownego zamykania całych branż, to konsumenci mogą z niektórych usług czasowo zrezygnować ze względów bezpieczeństwa. Do tego jeszcze dojdzie sezonowy wzrost bezrobocia. Na koniec roku stopa bezrobocia może więc sięgnąć około 7,5 proc.

Francuski rząd ogłosił niedawno nowy pakiet stymulacyjny, a niemiecki rząd powiększył swój wcześniejszy, i tak już hojny, pakiet. Czy w Polsce też będą potrzebne takie działania?

Na razie nie. Polska gospodarka korzysta na ożywieniu w Niemczech, na tamtejszej stymulacji. To jest największy odbiorca naszego eksportu, a w trakcie pandemii jego rola jeszcze wzrosła. Wraz z poprawą koniunktury w Niemczech można więc oczekiwać także poprawy u nas. Możemy więc oszczędzać amunicję na ewentualną kolejną fazę kryzysu.

A jeszcze jakaś amunicja nam została? Dług publiczny według unijnej definicji prawdopodobnie przekroczy w 2021 r. dopuszczalny w UE poziom 60 proc. PKB.

Większość krajów UE ma dziś problem z deficytem sektora finansów publicznych i z długiem. W najbliższych latach KE nie będzie z tego wyciągała żadnych konsekwencji. Przeciwnie, w maju KE sama zachęcała, żeby kraje członkowskie skoncentrowały się na wspieraniu wzrostu.

Wbrew oczekiwaniom ekonomistów do niedawna inflacja nie chciała hamować pomimo załamania popytu. Zmieniło się to dopiero w sierpniu, gdy inflacja bazowa zmalała po raz pierwszy od grudnia 2018 r. Co dalej?

Szczyt inflacji mamy za sobą. Ze względu na stosunkowo dobre nastroje konsumentów, firmom łatwo było przerzucać na nich wzrost kosztów związany z dodatkowymi wymogami sanitarnymi. To już za nami. Na koniec roku inflacja wyniesie około 2 proc. (w porównaniu z 2,9 proc. w sierpniu – red.), maleć będzie też inflacja bazowa (nie obejmuje cen energii i żywności – red.). Co do kierunku, inflacja będzie się więc zachowywała tak jak w strefie euro. Tam pod wpływem spadku popytu i mocnego euro pojawiła się już deflacja. U nas jednak inflacja pozostanie nieco wyższa niż średnio w UE. Także dlatego, że recesja była płytsza.

Okres paniki już minął, inflacja – choć spada – pozostanie w okolicy celu inflacyjnego NBP. Jednocześnie część ekonomistów uważa, że zerowe stopy procentowe mają wiele niepożądanych skutków ubocznych. Czy w takich okolicznościach pojawi się potrzeba podwyższenia stóp procentowych?

Moim zdaniem stopy przez dłuższy czas pozostaną bez zmian. Inflacja będzie spadała, a jakiekolwiek wyprzedzające ruchy będą niepożądane w związku ze wzrostem długu publicznego.

CV

Ernest Pytlarczyk od kwietnia br. jest głównym ekonomistą i dyrektorem biura analiz makroekonomicznych Banku Pekao. Wcześniej przez dziesięć lat pełnił podobną funkcję w mBanku, z którym był związany od 2006 r. Pracował też m.in. jako badacz na Uniwersytecie w Hamburgu, gdzie uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych, oraz w Bundesbanku. Zespół ekonomistów Pekao prowadzi na półmetku tegorocznej edycji konkursu prognostycznego „Parkietu".

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.