Czy polska gospodarka jest kuloodporna, jak twierdzą niektórzy ekonomiści w związku z tym, że jak dotąd praktycznie nie odczuliśmy spowolnienia, które w strefie euro trwa już ponad rok?

Polska gospodarka z pewnością nie jest kuloodporna. W 2019 r. pomogły jej bodźce fiskalne, a mimo to rozwijała się wolniej niż w poprzednich latach. Szacujemy, że wzrost gospodarczy wyniósł w Polsce 3,9 proc. (w porównaniu z 5,1 proc. w 2018 r. – red.), a nasze prognozy zakładają, że w 2020 r. wyhamuje do 3,5 proc. W dużej mierze jest to spowodowane właśnie tym, co dzieje się w strefie euro, szczególnie w Niemczech. Polska gospodarka odczuje skutki problemów przemysłu motoryzacyjnego, który odpowiada za prawie 10 proc. naszego eksportu, prawie 4 proc. PKB i 2 proc. zatrudnienia. Te liczby może nie robią dużego wrażenia, ale trzeba podkreślić, że sektor motoryzacyjny w ostatnich latach zwiększał zatrudnienie szybciej niż przemysł ogółem. To oznacza, że był ważnym motorem wzrostu gospodarczego.

Z czego wynika kryzys w europejskiej motoryzacji i jak długo może potrwać?

To wypadkowa czynników krótko- i długookresowych. Po pierwsze, w skali globu zmalał popyt na samochody i można oczekiwać, że będzie nadal spadał. Młodym ludziom już tak nie zależy na posiadaniu samochodu, jak ich rodzicom, wolą korzystać z usług współdzielenia aut (ang. car-sharing). Auta przestają być symbolem statusu. Do tego stają się lepsze, rzadziej trzeba je wymieniać. Na to nakłada się długoterminowy trend przechodzenia od aut spalinowych do elektrycznych. To spowoduje zaburzenia w łańcuchach dostaw, bo samochody elektryczne produkuje się inaczej. Przykładowo udział kosztów pracy w cenie końcowej auta elektrycznego jest mniejszy niż w cenie auta spalinowego. A to oznacza, że lokalizacja zakładów produkcyjnych jest w mniejszym stopniu uzależniona od poziomu płac w danym kraju. Nie wiemy, w jakim stopniu Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej będą włączone w łańcuchy wartości dodanej producentów aut elektrycznych.

Wróćmy jeszcze do „kuloodporności" polskiej gospodarki. Wzrost na poziomie 3,5 proc. w 2020 r. nadal byłby rewelacyjnym wynikiem, biorąc pod uwagę to, że Niemcy są w stagnacji. Czy to nie świadczy o tym, że Polska może się rozwijać w każdych warunkach, utrzymując jeszcze długo status jedynej europejskiej gospodarki, która od ćwierć wieku nie doświadczyła recesji?

Nie opublikowaliśmy jeszcze szczegółowych prognoz na 2021 r., ale spodziewamy się, że wtedy tempo wzrostu polskiej gospodarki będzie jeszcze niższe. Nie jest więc tak, że te 3,5 proc. to jest najgorsze, co może nas spotkać. Warto też pamiętać, że wzrost gospodarczy z ostatnich 30 lat, choć był imponujący, był też dość łatwy do osiągnięcia. Pod względem technologicznym goniliśmy kraje zachodniej Europy, a gonić jest zawsze łatwiej, niż uciekać. Teraz, żeby nadal szybko rosnąć, Polska musi się przestawić na nowe tory. Wzrost musi być napędzany innowacjami, a nie importem technologii. To jest dużo trudniejsze.

Może się nam nie udać? Albo inaczej: grozi nam tzw. pułapka średniego dochodu?

Pułapka średniego dochodu to jest tylko pewna metafora. Nie ma jakiegoś progu dochodu, po przekroczeniu którego niektóre kraje przestają się rozwijać. Można jedynie mówić o tym, że im wyższy jest dochód na mieszkańca w danym kraju, tym trudniej jest go dalej podnosić. W Polsce na tę ogólnoświatową prawidłowość nakłada się jeszcze niesprzyjająca sytuacja demograficzna. Liczba osób w wieku produkcyjnym już nie rośnie, a do tego niedawno obniżono ustawowy wiek emerytalny. Dotąd Polska mocno korzystała z pracy imigrantów z Ukrainy, ale wielu z nich może chcieć wyjechać do Niemiec wraz z otwarciem tego rynku. Inwestowanie w automatyzację, aby podtrzymać obecną strukturę gospodarki przy mniejszym zatrudnieniu, to jedna z możliwych dróg do przodu, ale o ograniczonym potencjale. Najlepszą drogą jest stawianie na innowacje i wzrost produktywności.

Daron Acemoglu i Pascual Restrepo w głośnym artykule z 2017 r. twierdzą, że starzenie się ludności nie jest hamulcem rozwoju. Przeciwnie, w ostatnich dekadach szybciej starzejące się kraje szybciej się rozwijały, bo były bardziej otwarte na automatyzację.

Te procesy automatyzacyjne, wymuszane wzrostem płac i niedostępnością pracowników, będą w Polsce zachodziły. Ale niektóre firmy mogą zamiast tego przenosić produkcję za granicę. Już dzisiaj widzimy rosnące zainteresowanie zagranicznych przedsiębiorstw naszym wsparciem dla inwestycji za wschodnią granicą Polski, na Ukrainie bądź Białorusi. Oczywiście, z powodu niepewnej sytuacji politycznej w tych krajach, te poszukiwania niższej bazy kosztów poza Polską są na razie nieśmiałe, ale jednak są podejmowane. Poza tym niekorzystna sytuacja demograficzna stwarza też problemy innego rodzaju, niezwiązane z rynkiem pracy. Po pierwsze, zwiększa koszty utrzymania systemu emerytalnego. Po drugie, wpływa na preferencje społeczne, jeśli chodzi np. o wydatki publiczne. Starsze społeczeństwo może mieć tendencję do tego, aby przedkładać wydatki na cele bieżące nad wydatki prorozwojowe. Coraz trudniej będzie skłonić ludzi do tego, aby popierali finansowanie innowacji, badań, systemu edukacyjnego itp.

Jeśli chcemy, aby w Polsce rosła produktywność, to w zasadzie powinniśmy się cieszyć, że te mniej produktywne miejsca pracy, wymagające wyłącznie niskich kosztów pracy, uciekają na Wschód. To wpisuje się w zmianę modelu rozwoju, o którym pani mówiła.

Tak. W latach 90. w Polsce wiele firm zajmowało się szyciem ubrań na zlecenie zachodnich marek. Teraz tego nie ma, bo w związku ze wzrostem kosztów pracy przestało się to opłacać. Miejsce tych firm zajęły inne, które mogą więcej płacić. To jest pozytywny proces, ale nie zmienia tego, że utrzymywanie szybkiego tempa rozwoju jest trudniejsze, niż było na początku transformacji, przy niskich kosztach pracy.

A czy tę zmianę struktury zatrudnienia warto przyspieszać? Taki cel przyświeca planom rządu, aby do 2024 r. podwyższyć płacę minimalną do 4 tys. zł brutto.

Powinno nam zależeć nie tylko na tym, żeby wyeliminować z Polski miejsca pracy charakteryzujące się niską produktywnością, ale też na tym, aby w ich miejsce powstawały lepsze miejsca pracy. Ale aby przedsiębiorstwom opłacało się inwestować w automatyzację, muszą mieć odpowiednią skalę działania. Mogą sobie na to pozwolić przede wszystkim firmy duże i bardzo duże. Takie firmy z zasady więcej płacą – to jest ogólnoświatowe zjawisko. Podwyżki płacy minimalnej uderzą głównie w małe i średnie firmy. A im automatyzacja, która mogłaby podnieść produktywność pracowników do poziomu uzasadniającego wyższą płacę minimalną, może się nie opłacać.

Polskie mikro- i małe firmy są w ogonie państw OECD pod względem produktywności, podczas gdy duże firmy nie odstają wyraźnie od średniej. A jednocześnie tych mikro- i małych w Polsce jest wyjątkowo dużo. Może podwyżka płacy minimalnej to dobry pomysł, żeby wymusić przesunięcie zasobów, w tym pracowników, o których jest coraz trudniej, z małych przedsiębiorstw do dużych?

Nie wydaje mi się sensowne ustalanie jakiejś pożądanej struktury wielkości przedsiębiorstw. Zgadzam się jednak z tym, że nie należy preferencyjnie traktować małych firm. Wspierać trzeba młode firmy, które mają szansę urosnąć, a nie firmy małe. Tylko że niektóre z tych małych firm, które nie mają ambicji, żeby się rozwijać, i tak mogą upaść bez takich ingerencji, jak duża podwyżka płacy minimalnej. Wystarczy do tego taki wzrost płac, jak w ostatnich latach.

Zmieńmy temat. Polska w ostatnich latach coraz gorzej wypada w części rankingów konkurencyjności gospodarek, takich jak np. Doing Business. Jednocześnie wzrost inwestycji przedsiębiorstw ostatnio mocno przyspieszył, a udział Polski w płynących do krajów UE bezpośrednich inwestycjach zagranicznych (BIZ) wyraźnie się zwiększył. Jak można wyjaśnić ten kontrast?

Nie przykładałabym nadmiernej wagi do takich rankingów. Ale z drugiej strony nie można wykluczyć, że zmiany w prawie czy systemie podatkowym, które niekorzystnie wpływają na warunki prowadzenia działalności biznesowej w Polsce, wpłyną na inwestycje z pewnym opóźnieniem. Możliwe, że zniechęcą one głównie nowych inwestorów, a nie tych, którzy już są w Polsce obecni i znają tutejsze realia. Trzeba też pamiętać o tym, że po kryzysie globalna wartość BIZ spadła i do dziś się nie odbudowała. Szczególnie zmalał napływ inwestycji do krajów rozwiniętych, do których należy większość państw UE, co może tłumaczyć wzrost udziału Polski w inwestycjach płynących do UE.

O BIZ trzeba teraz coraz bardziej konkurować. W związku z wojnami handlowymi wielu inwestorów ma dziś wątpliwości, czy warto rozwijać międzynarodowe łańcuchy wartości dodanej. Te łańcuchy, które przy obecnym poziomie ceł i innych barier handlowych miały najwięcej sensu, już istnieją. A nie zanosi się na to, aby te bariery miały być obniżane. Dodatkowo automatyzacja sprawia, że koszty pracy tracą na znaczeniu i przestają być głównym czynnikiem decydującym o lokalizacji zakładów produkcyjnych. W takich warunkach cokolwiek, co będzie negatywnie wpływało na postrzeganie Polski przez inwestorów, może zmniejszyć napływ BIZ.

Z tego, co pani powiedziała, wynika, że niezależnie od polityki polskiego rządu inwestycji zagranicznych może płynąć do Polski coraz mniej. Czy w związku z tym powinniśmy w jakiś sposób mobilizować krajowe oszczędności i w ten sposób finansować inwestycje?

Jednym z priorytetów EBOR w Polsce jest rozwój lokalnego rynku kapitałowego, szczególnie w kontekście wspierania innowacyjności. Często angażujemy się w projekty, które nie mogą liczyć na kredyt z banku, bo nie posiadają zdolności kredytowej. W takim przypadku konieczne jest finansowanie udziałowe. Wielu inwestorów zagranicznych jest zainteresowanych inwestowaniem w takie projekty w Polsce, ale pod warunkiem, że zaangażowany jest też jakiś krajowy podmiot. To bowiem zwiększa wiarygodność takich projektów.

Jak w tym kontekście ocenia pani pracownicze plany kapitałowe?

Wydaje nam się, że to jest bardzo dobra koncepcja. Po całej serii negatywnych dla rynku kapitałowego zmian ta jest zdecydowanie pozytywna.

Beata Javorcik od września 2019 r. jest główną ekonomistką Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju. Na czas sprawowania tej funkcji zawiesiła pracę naukową na Uniwersytecie Oksfordzkim, na którym wykłada od 2010 r. Javorcik jest pierwszą kobietą, która uzyskała tytuł profesora ekonomii tej uczelni. Wcześniej pracowała m.in. w Banku Światowym. Doktorat w dziedzinie ekonomii uzyskała na Uniwersytecie Yale.