Gospodarka - Świat

Czy świat czekają lockdowny dla powstrzymania zmian klimatu?

Spadek emisji gazów cieplarnianych towarzyszący restrykcjom pandemicznym natchnął część badaczy i aktywistów do idei czasowego zamykania gospodarek w celu ochrony naszej planety.

Emisje CO2 na świecie odbiły się już od niskich poziomów z wiosny 2020 roku.

Foto: Shutterstock

Restrykcje na aktywność społeczną wprowadzane od początku pandemii wywoływały wśród milionów ludzi głównie negatywne reakcje: złość, smutek, irytację, depresję. Jest jednak grupa, która przyjęła je jako interesujący eksperyment. Tą grupą są ekologiczni aktywiści oraz naukowcy zajmujący się zmianami klimatycznymi. Według sporej części z nich lockdowny pandemiczne miały bardzo korzystny wpływ na naszą planetę. Globalne emisje gazów cieplarnianych spadły w 2020 r. o 7 proc. – najbardziej w historii. Paraliż branży lotniczej oraz mniejszy ruch samochodowy w miastach szczególnie mocno przyczyniły się do zmniejszenia emisji dwutlenku azotu. Europejska Agencja Ochrony Środowiska (EEA) szacowała, że w największych metropoliach Starego Kontynentu emisje te spadły od 30 proc. do 60 proc. Liczba zgonów w UE mających związek z jakością powietrza zmniejszyła się w ciągu roku o 11 tys. W Chinach liczba ocalonych w ten sposób osób została oszacowana na 77 tys. Zaobserwowano również, że dzikie zwierzęta częściej zbliżały się do siedlisk ludzkich. Świat obiegały więc doniesienia o różowych delfinach zapuszczających się do portu w Sydney i o wielkich żółwiach, które powróciły na plaże w Zatoce Bengalskiej. Wpływ restrykcji pandemicznych na środowisko naturalne natchnął część aktywistów, by snuć wizję wprowadzania w przyszłości lockdownów dla ratowania klimatu.

– Ani Greenpeace, ani Greta Thunberg, ani żaden inny człowiek czy organizacja nie osiągnęli niczego tak wielkiego dla zdrowia naszej planety w tak krótkim czasie. To z pewnością nie jest dobre dla gospodarki, ale jest fantastyczne dla środowiska naturalnego – w ten sposób ocenił skutki lockdownów Martin Lopez Corredoira, astrofizyk i zarazem filozof.

– Jeśli możemy zamknąć cały świat, by powstrzymać wirusa, to oznacza, że jest to również możliwe, by powstrzymać zmiany klimatyczne. Traktujemy wszystkie kryzysy jak zagrożenia – stwierdziła Jamie Margolin, amerykańska młodzieżowa aktywistka klimatyczna.

„Lockdowny w cichy sposób ulepszyły miasta na całym świecie" – mówił natomiast jeden z tweetów Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) z lutego 2021 r.

Polityka zakazów

Pomysły na walkę ze zmianami klimatycznymi poprzez wymuszanie zmiany stylu życia u zwykłych ludzi pojawiały się jeszcze przed lockdownami pandemicznymi. – Zadeklarowałbym klimatyczny stan nadzwyczajny pierwszego dnia mojej prezydentury. Wykorzystałbym siłę nadzwyczajnych uprawnień prezydenta, by mówić spółkom, jak mają wytwarzać prąd, jakie budować samochody i według jakiego harmonogramu i jakie budynki budować – deklarował na początku 2020 r. Tom Steyer, miliarder z branży funduszów hedgingowych, który startował wówczas w prawyborach prezydenckich u demokratów. Wybuch pandemii sprawił jednak, że podobne projekty zaczęły pojawiać się częściej.

– Walka z wirusem może być wzorem dla walki z globalnym ociepleniem. Opinia publiczna może być przekonana, że trzeba zaakceptować nawet najpoważniejsze ograniczenia praw fundamentalnych. Te dwa kryzysy są dosyć podobne. Oba mają korzenie w obecnym modelu ekonomicznym świata, który opiera się na dążeniu do nieskończonego wzrostu gospodarczego kosztem środowiska, od którego zależy nasze przetrwanie. Można argumentować, że pandemia jest częścią zmian klimatycznych i nasza odpowiedź na nią nie powinna polegać tylko na ograniczeniu rozprzestrzeniania się wirusa – stwierdził Thomas Schomerus, prawnik z niemieckiego Uniwersytetu Leuphana.

„Wraz z rozprzestrzenianiem się Covid-19 rządy wprowadzały lockdowny, by zapobiec wymknięciu się spod kontroli kryzysowi zdrowia publicznego. W bliskiej przyszłości świat może znów potrzebować lockdownów. Tym razem, by powstrzymać kryzys klimatyczny" – napisała natomiast Mariana Mazzucato, ekonomistka z University College London. Z jej artykułu wynika, że lockdown klimatyczny nie jest preferowaną przez nią metodą radzenia sobie ze zmianami klimatu. Byłby on skrajnym scenariuszem wprowadzanym przez rządy, jeśli zwykłe programy „zielonej" transformacji gospodarki nie zdałyby egzaminu. „Podczas lockdownu klimatycznego rządy ograniczałyby możliwość użytkowania pojazdów prywatnych, zakazałyby konsumpcji czerwonego mięsa oraz wprowadziły ekstremalne środki służące oszczędzaniu energii. Spółki z branży paliw kopalnych musiałyby również wstrzymać wydobycie" – wskazała Mazzucato.

Rządy zakazujące jedzenia określonego rodzaju mięsa i ograniczające możliwość korzystania z samochodów? Przepisy stanu wojennego z PRL wydają się być przy tej wizji „liberalne". W scenariuszu takiego lockdownu klimatycznego tkwi również poważna sprzeczność: konieczność pogodzenia pracy zdalnej z drastycznymi ograniczeniami w konsumpcji prądu. Czy jednak aplikowanie gospodarce takiego wstrząsu rzeczywiście mocno pomogłoby środowisku naturalnemu? Czy zdołałoby znacząco zmniejszyć emisje CO2?

„Badania mówią, że globalny lockdown raz na dwa lata będzie potrzebny, by pomóc osiągnąć cele CO2 ze szczytu paryskiego" – tego typu nagłówek pojawił się w marcu 2021 r. w internetowej witrynie brytyjskiego dziennika „The Guardian". Po kilku godzinach ktoś w redakcji zorientował się, że wygląda on niefortunnie i może prowokować teorie spiskowe, więc zmieniono go na: „Badania mówią, że potrzebny jest ekwiwalent covidowego spadku emisji co dwa lata". W artykule tym powołano się na pracę opublikowaną w magazynie naukowym „Nature", wskazującą, że do 2030 r. co dwa lata należałoby zmniejszać emisje gazów cieplarnianych o 1 mld – 2 mld ton, by zrealizować cele paryskiego szczytu klimatycznego. W opracowaniu tym wyraźnie jednak wskazano, że taka strategia na dłuższą metę okazałaby się nieskuteczna i że redukować emisje należy „innymi środkami" niż podczas lockdownów covidowych. Potrzebne mają być przede wszystkim zmiany strukturalne w gospodarkach. – Emisje były niższe w 2020 r., gdyż używano mniej infrastruktury związanej z paliwami kopalnymi, a nie dlatego, że infrastruktura ta była zamykana – zauważa Glen Peters, jeden z autorów tego opracowania.

Pozwolenie na oddychanie

Część ekspertów wskazuje, że kluczem do zmniejszania emisji gazów cieplarnianych jest wpływanie na zwyczaje konsumentów. Nie tylko poprzez perswazję oraz „zieloną" edukację, ale także poprzez wpływanie na ceny produktów i usług, których wytwarzanie wiąże się z wyższym śladem węglowym. Na tym założeniu opiera się unijny program Fit for 55, przewidujący m.in., że branża transportowa i budowlana w UE zostaną objęte systemem pozwoleń na emisje gazów cieplarnianych. W Niderlandach rząd poszedł krok dalej i zabrał się już do dekarbonizacji rolnictwa. Niedawno ogłosił, że przeznaczy 25 mln euro na program zmniejszenia krajowego pogłowia krów, świń i drobiu o jedną trzecią.

Niektórzy naukowcy chcą, by rządy poszły dużo dalej w programach dekarbonizacyjnych. W sierpniu 2021 r. ukazał się w magazynie „Nature" artykuł, w którym proponowano wprowadzenie osobistych pozwoleń na emisje CO2, wydawanych poszczególnym obywatelom. Tego typu propozycja pojawiała się przez ostatnie kilkanaście lat już kilkakrotnie. Rozważano ją w Wielkiej Brytanii w pierwszej dekadzie XXI w., ale uznano wówczas, że technologia jest zbyt niedoskonała, by ją wdrożyć i że wprowadzanie jej spotkałoby się ze zbyt dużym oporem społecznym. Dzisiaj odpowiednia technologia już istnieje. System mógłby być oparty na sztucznej inteligencji oraz technologii blockchain. Czy jednak społeczeństwa Zachodu są gotowe, by coś takiego przyjąć? Osobiste pozwolenia na emisje mogą wywołać oczywiste skojarzenia z chińskim systemem kredytu społecznego oraz innymi totalitarnymi rozwiązaniami.

Opór społeczny przed osobistymi pozwoleniami na emisje CO2 i lockdownami klimatycznymi byłby pewnie obecnie mniejszy niż kilkanaście lat temu, ale wciąż byłby poważny. Zwłaszcza że przedstawiciele zachodnich elit nieustannie pokazują klimatyczną hipokryzję. Snując ponure wizje obciążania zwykłych ludzi rosnącymi kosztami walki z „apokalipsą klimatyczną", pokazują, że sami zbytnio się nie przejmują emisjami CO2. Świadczyła o tym chociażby duża flota prywatnych odrzutowców, którymi oficjele i celebryci przylecieli na szczyt klimatyczny COP26 w Glasgow na jesieni 2021 r. Wraz z rosnącymi kosztami energii ta ekohipokryzja będzie kłuła zwykłych ludzi coraz bardziej w oczy.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.