Gospodarka - Kraj

Walka z epidemią spowoduje silne spowolnienie

Gościem Grzegorza Siemionczyka w programie „Prosto z parkietu” był w środę dr Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska, wykładowca SGH.
Foto: parkiet.com

Niespełna dwa tygodnie temu przedstawił pan scenariusz dla polskiej gospodarki w związku z epidemią koronawirusa, który wtedy wydawał się czarny. Sugerował on, że wzrost polskiej gospodarki może zwolnić do 1 proc. w skali całego roku, co oznaczałoby, że po drodze zaliczymy techniczną recesję (dwa kwartały zniżki PKB). Jak bardzo rzeczywistość przybliżyła się do tego scenariusza?

To był jeden z wielu możliwych czarnych scenariuszy. Był to scenariusz „zielonej wyspy" w tym sensie, że założyliśmy, że wstrząs związany z epidemią koronawirusa będzie miał głównie charakter zewnętrzny. Przyjęliśmy, że podmioty gospodarcze w Polsce wierzą w to, że szok jest zewnętrzny i przejściowy. W takiej sytuacji nie miałby on silnego wpływu na decyzje konsumpcyjne gospodarstw domowych i plany inwestycyjne przedsiębiorstw. Dziś wiemy, że to założenie jest nieaktualne. Z drugiej strony, część założeń była nadmiernie pesymistyczna. Braliśmy na przykład pod uwagę zamrożenie handlu z Chinami na dwa kwartały, co obecnie wydaje się mało prawdopodobne. Tam epidemia zdaje się już wygasać. Także we Włoszech wedle wszelkiego prawdopodobieństwa odbudowa aktywności gospodarczej nastąpi szybciej, niż założyliśmy.

Niedługo przed naszą rozmową rząd ogłosił, że co najmniej na dwa tygodnie zamknięte zostaną szkoły i inne placówki edukacyjne, a także kina, teatry, muzea. Wcześniej odwołał imprezy masowe. To oznacza m.in. masowe urlopy rodziców. Jakie to będzie miało konsekwencje?

Pracujemy nad scenariuszem, który uwzględnia wpływ Covid-19 na popyt krajowy, szczególnie konsumpcyjny. Przedstawimy go w poniedziałek. Mogę jednak uchylić rąbka tajemnicy. Sądzę, że w II kwartale dojdzie do spadku konsumpcji w ujęciu rok do roku. Działania rządu, zmierzające do ograniczenia rozprzestrzeniania się wirusa, wymuszą ograniczenie wydatków konsumpcyjnych. Nasze założenie jest jednak obecnie takie, że ten efekt ograniczy się do II kwartału. Mimo to jest jasne, że gospodarka silnie wyhamuje. Dotąd zakładaliśmy wzrost PKB w 2020 r. o 2,7 proc. Będzie wyraźnie niższy.

Doświadczenia Chin pokazują, że niezależnie od skali, spowolnienie spowodowane epidemią będzie przejściowe. Na ile utraconą produkcję i konsumpcję uda się odrobić w kolejnych kwartałach?

Założenie, że mamy do czynienia z krótkotrwałym, przejściowym wstrząsem, który nie da trwalszych skutków ubocznych, byłoby dość heroiczne. Budując ścieżkę wzrostu PKB na kolejne kwartały, zakładamy normalizację, ale stopniową. Wzrost konsumpcji nie wróci do poziomu, jaki zakładaliśmy przed szokiem, już w III kwartale. Ale trzeba też powiedzieć jasno, że formułując teraz prognozy, poruszamy się we mgle. Wciąż nie wiemy na przykład, jak na ten szok zareaguje polska polityka fiskalna i pieniężna.

Ministerstwo Rozwoju zapowiedziało już pakiet osłonowy dla firm, przewidujący m.in. odroczenie płatności podatków i składek, dopłaty do kredytów i inne rozwiązania wspierające płynność firm i rynek pracy. Organizacje pracodawców ten pakiet chwalą. Jak pan go ocenia?

Z pewnością złagodzi on negatywne skutki epidemii, ale ich nie wyeliminuje. Jeśli firma doświadcza spadku popytu, traci dochód. W wielu przypadkach, np. w branży turystycznej, nie będzie w stanie go później odzyskać, nadrobić. A koszty, np. pracy, będzie musiała ponosić. Pakiet osłonowy głównie odsuwa w czasie zobowiązania firm, ale ich nie zmniejsza. Lepszym rozwiązaniem byłoby moim zdaniem coś, co w Niemczech znane jest jako Kurzarbeit. Chodzi o to, aby firmy w warunkach kryzysowych mogły ograniczyć czas pracy pracowników, a rząd częściowo zrekompensował gospodarstwom domowym utracone dochody. To rozwiązanie o tyle dobre, że zdejmuje z firm część kosztów i może być stosowane punktowo. Można je też połączyć z ograniczeniem czasu pracy rodziców w związku z zamknięciem szkół.

Czyli chodzi o poluzowanie polityki fiskalnej, o dosypanie do gospodarki pieniędzy?

Tak, ale o poluzowanie wycelowane, skierowane głównie do firm, stabilizujące zatrudnienie, a nie rozrzucanie pieniędzy na prawo i lewo z nadzieją, że beneficjenci te pieniądze wydadzą. To pozwoliłoby przejść gospodarce w miarę łagodnie przez ten wstrząs.

Czy rząd ma na to środki?

Tak. Budżet centralny jest oczywiście związany regułą wydatkową, ale rząd już się zdecydował na jej obchodzenie, może więc to zrobić na większą skalę. Może sięgnąć głębiej do funduszu solidarnościowego, co byłoby o tyle uzasadnione, że chodzi przecież właśnie o okazanie solidarności firmom, które mają problemy. Biorąc pod uwagę prognozy dla deficytu sektora finansów publicznych, widać przestrzeń dla jego zwiększenia. Wiemy też, że KE akceptuje rozluźnienie polityki fiskalnej w krajach mocno dotkniętych epidemią. Przy tym z rozluźnieniem polityki fiskalnej nie należy zwlekać. To powinno być działanie szybkie, antycypujące rozwój epidemii, ale też punktowe.

A jaką rolę do odegrania ma NBP? Niektóre banki centralne, jak Bank Anglii czy amerykański Fed, obniżyły już stopy procentowe.

Ze względu na opóźnienie, z jakim zmiany stóp procentowych wpływają na gospodarkę, rola NBP jest mniejsza niż rządu. Oczywiście możliwe są niekonwencjonalne działania, np. dostarczenie taniego pieniądza do sektora bankowego z przeznaczeniem na finansowanie jakiejś grupy przedsiębiorstw. Narodowy Bank Węgier z całkiem niezłym skutkiem realizował kilka edycji takiego programu. W Polsce też może to być potrzebne, jeśli wyhamowanie wzrostu będzie silne. Samo obniżenie stóp procentowych byłoby czynnikiem stabilizującym sytuację w tym sensie, że zmniejszyłoby koszty obsługi długu i mogłoby wpłynąć pozytywnie na nastroje uczestników życia gospodarczego. Trzeba też pamiętać, że NBP ma za zadanie wspieranie polityki gospodarczej rządu, jeśli nie zagraża to realizacji podstawowego celu, tzn. utrzymywania stabilności cen. Dzisiaj, przy inflacji powyżej 4 proc., NBP trudno byłoby uzasadnić obniżki stóp. Ale moim zdaniem już w kwietniu inflacja znajdzie się poniżej 3,5 proc., czyli górnej granicy pasma dopuszczalnych odchyleń od celu inflacyjnego. Nie można wykluczyć, że wtedy dojdzie do obniżki stóp. gs

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.