REKLAMA
REKLAMA

Felietony

200 lat GPW

Rocznica zburzenia giełdy we Frankfurcie do dziś obchodzona jest przez szerokie masy jako święto wolności bogacenia się i stała się początkiem nowego świata finansów.

Mirosław Kachniewski, prezes zarządu, SEG

Foto: Archiwum

Jest 2191 r. Obchodzimy 200. rocznicę powstania GPW, choć mało kto pamięta, jak oryginalnie rozwijany był ten skrót. Dziś, po wielu zakrętach historii spółki, po wielokrotnej zmianie modelu biznesowego, po wielokrotnym rebrandingu, warto przypomnieć, jak wów­czas funkcjonowała tzw. giełda papierów wartościowych. Jak irracjonalne - z perspektywy dzisiejszego usera - wystę­powały ograniczenia natury regulacyjnej, biznesowej czy wreszcie w odniesieniu do podstawowego parametru -usability.

Ówczesne ograniczenia regulacyjne były nie tylko niezrozumiałe z dzisiejszej perspektywy, ale także dla pod­miotów funkcjonujących w XXI w. Istniał wówczas kuriozalny podział geograficzny, tj. przy­pisanie regulacji do danego obszaru. A warto nadmienić, że już wtedy znany był - prymi­tywny wprawdzie, ale na owe czasy wystarczający - sposób komunikacji na odległość, zwa­ny internetem. Z jednej strony można było z wykorzystaniem tego środka komunikacji doko­nywać transakcji na dowolnym kontynencie, a z drugiej - regulatorzy i nadzorcy zamykali się w skorupie danego obszaru.

Najciekawszym fenomenem owych czasów było pojęcie „rynku regulowanego", w którym współcześni począt­kowo nie widzieli oksymoronu. Rynek kapitałowy, który wcześniej postrzegany był jako przeciwieństwo komu­nizmu, zaczął niebezpiecznie dryfować w kierunku coraz bardziej dosłownego rozumie­nia pojęcia „rynku regulowa­nego" - od regulacji instytucji infrastrukturalnych, poprzez szczegółowe uregulowanie postępowania poszczególnych grup uczestników rynku, aż po uregulowanie cen papierów wartościowych.

Dwieście lat temu na GPW funkcjonował bardzo ciekawy model biznesowy - dostawcy towaru na ten rynek (wówczas nazywani emitentami papierów wartościowych) musieli płacić grube pieniądze za to, żeby ktoś mógł zarabiać na obrocie ich ak­cjami! Co więcej, opłaty te były niezależne od osiąganych przez emitentów korzyści i były syste­matycznie podnoszone wraz z obniżaniem atrakcyjności gieł­dy. Było to możliwe dlatego, że wówczas spółki, które zadebiu­towały na danej giełdzie, były do niej przywiązane i nie mogły zmienić rynku notowań, choćby one same i ich inwestorzy tego chcieli.

Znany już wówczas crowd-funding nie był wystarczającym impulsem do zmiany. Dopiero crowdinvesting zrewolucjo­nizował model funkcjonowa­nia pośrednictwa na rynku finansowym, spowodował, że przedsiębiorcy poszukujący kapitału szli nie na giełdę, ale w stronę zaawansowanych tech­nologicznie i przyjaznych dla userów rozwiązań. Tania for­ma kojarzenia potrzebujących pieniędzy z tymi, którzy mieli ich nadwyżki, wsparta szcze­gółową analizą wcześniejszych dokonań osób zarządzających (jako ciekawostkę można do­dać, że badanie tych malutkich okruchów informacji było wówczas szumnie określane jako analiza „big data") okaza­ła się modelem biznesowym, który musiał wygrać.

Najbardziej jednak zadziwia usability (czy też jego brak) w stosowanym wówczas modelu zawierania transakcji. Akcjo­nariusz nie mógł swobodnie dysponować swoimi akcjami, tylko musiał je trzymać na rachunku specjalnej instytucji (zwanej wówczas domem maklerskim) i tylko za jej pośrednictwem mógł sprze­dać własność. Trudno dziś to zrozumieć i w to uwierzyć, więc wypada opisać ten proces bardziej szczegółowo: żeby sprzedać akcje, inwestor daje zlecenie do domu maklerskie­go, ten przekazuje je na giełdę, tam jest zawierana transakcja przez inny dom maklerski w imieniu innego inwestora. Co więcej, akcje były przypisane do konkretnej giełdy (tylko na niej można było dokonywać transakcji) i były „przechowy­wane" w konkretnym „depozy­cie" papierów wartościowych.

A jednocześnie funkcjo­nowały już tzw. platformy aukcyjne, z wykorzystaniem których można było swobod­nie dokonywać transakcji innymi dobrami i usługami, a nawet platformy peer-to-peer, które bezpośrednio kojarzyły ze sobą strony transakcji. Znany był system block-chain, umożliwiający kontrolę obie­gu papieru wartościowego bez centralnego „depozytu", znany był zdecentralizowany model komunikacji zwany wówczas mediami społecznościowymi. Niemniej, na rynku kapitałowym, który kiedyś był forpocztą innowacyjności, po­został skansen konserwowany regulacjami rodem z XIX w.

Mając na względzie powyż­sze niedoskonałości i niedo­stosowanie giełd do uciekającej rzeczywistości, aż dziw bierze, że dopiero w latach 20. XXI w. doszło do rewolucji finansowej. Akcjonariusze przepro­wadzili batalię o odzyskanie wolności dla swoich pieniędzy i możliwości ich inwestowa­nia zgodnie ze swoją wolą i wiedzą. Rocznica zburzenia giełdy we Frankfurcie do dziś obchodzona jest przez szerokie masy jako święto wolności bogacenia się i stała się początkiem nowego świata finansów - taniego (pozbawio­nego zbędnych pośredników), prostego (pozbawionego rzekomej „wiedzy tajemnej"), przejrzystego (pozbawionego sztucznych ozdobników utrud­niających zrozumienie natury danego instrumentu), a przez to bezpiecznego i otwartego dla wszystkich.

Dwieście lat temu z pew­nością nikt nie przewidywał, że GPW może przetrwać tak długo. Na szczęście dzięki ela­styczności i dalekowzroczności władz tej spółki okazało się to możliwe. Giełda - przewidując nadchodzące, a nieuniknione zmiany - dokonała stosownej modyfikacji modelu bizneso­wego i w momencie zmian re­gulacyjnych po upadku zakonu MAR-uitów mogła zastosować opracowane wcześniej rozwią­zania, przejmując obrót instru­mentami finansowymi w całej Europie. Cieszmy się zatem, że możemy obchodzić tę rocznicę i życzymy sobie i giełdzie kolej­nych 200 lat pomyślności!

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA