REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Strategia – jak dojść do celu: wdrażanie

Strategia musi być oparta na wewnętrznej motywacji
zaangażowanych podmiotów i na ich współpracy, musi definiować zatem cele, z którymi się zgadzamy i które jesteśmy
w stanie zrealizować sami.

Mirosław Kachniewski prezes zarządu, SEG

Foto: Archiwum

Dziś pora zakończyć kilkutygodniową serię felietonów poświęconych strategii tekstem o jej wdrażaniu. Może się on wydawać miałki, mniej istotny na tle problemów zarysowanych wcześniej, a zwłaszcza kosztów regulacyjnych i finansowych, ale jest najważniejszy. Bez właściwego opracowania sposobu wdrażania strategii zwyczajnie nie ma po co zaczynać nad nią pracy, gdyż zalegnie w szufladach obok innych tego typu dokumentów.

Dotychczas podejście było takie, że jeśli już będzie strategia, to jakoś „sama się wdroży". Otóż nie wdroży się, tak jak nie wdrożyła się żadna z wcześniejszych. Po uchwaleniu strategii decydenci zajmowali się innymi tematami, a sponsorzy strategii zmieniali stanowisko, względnie stanowisko zmieniało ich. Dlatego strategię już na samym wstępie należy impregnować na ewentualne zmiany kadrowe i polityczne.

Na początku warto sobie zadać pytanie o siłę sprawczą instytucji rynku kapitałowego. Odpowiedź pozwoli nam od razu określić, na jakim poziomie powinny być podejmowane nasze działania.

Instytucje rynku nie mają wpływu na decyzje rządzących i ustawodawcy. Nie powinniśmy zatem w strategii uwzględniać elementów, które wprawdzie brzmią bardzo atrakcyjnie (zmiany w podatkach, zamiana OFE na Nowe OFE, stymulowanie innowacyjności etc.), ale ich realizacja pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą, tak w fazie decyzji, jak i realizacji (a wiemy przecież, że nawet najlepsze idee potrafią być wdrożone w sposób przeciwskuteczny).

Strategia musi być więc oparta na wewnętrznej motywacji zaangażowanych podmiotów i na ich współpracy, musi zatem definiować cele, z którymi się zgadzamy i które jesteśmy w stanie zrealizować sami. Każda z zaangażowanych instytucji musi widzieć interes w tym, aby poszczególne cele i strategia jako całość były realizowane. Musimy na początku określić te instytucje, wspólne cele i metody ich realizacji.

Wśród instytucji należy wymienić: nadzorcę, podmioty infrastrukturalne oraz instytucje skupiające poszczególne grupy uczestników rynku. Co może uczynić nadzorca? Bardzo wiele: ułatwiać uczestnikom rynku wdrożenie regulacji, określić wytyczne dotyczące nakładania sankcji, aby nie przerażać podmiotów rozważających wejście na rynek widmem bankructwa i upadłości konsumenckiej, a nade wszystko dopuścić uczestników rynku do udziału w decydowaniu co do stopnia naruszenia i wysokości sankcji. Jeśli nadzorca ma działać dla dobra inwestorów, to niech się wypowiedzą inwestorzy. Może dla nich lepszą rekompensatą będzie np. wdrożenie stosownych procedur ograniczających nieprawidłowości niż zapłacenie przez nich samych (bo na końcu przecież i tak płacą inwestorzy) kary na rzecz budżetu?

Czy nadzorca może tego chcieć? Czy może mieć jakiś interes w tym, aby dbać o dobro inwestorów i innych uczestników rynku? Przyznam, że tu widzę najsłabszy punkt strategii, gdyż bardzo trudno jest znaleźć motywację do samoograniczenia władzy, wpływu, poczucia omnipotencji. Ale zakładam, że jeśli uczestnicy rynku opracowaliby wspólne postulaty, to nadzorcy bardzo trudno byłoby odmówić realizacji, bo przecież teoretycznie powinien dbać o ich dobro.

Zejdźmy zatem na poziom instytucji infrastrukturalnych – tu już wykazanie interesu jest dużo prostsze. Widoczny regres rynku zmusza do refleksji. Jeśli do tego dodamy spodziewane zmiany dotyczące wprowadzenia konkurencji pomiędzy giełdami, to pojawia się pole do dyskusji. Może warto ograniczyć koszty uczestników rynku dziś, żeby jutro nie zostali porwani przez konkurencję? Nagła utrata monopolu najprawdopodobniej skończy się katastrofą, ale właściwe przygotowanie do tego nieuchronnego faktu może doprowadzić do sukcesu.

Pora na instytucje zrzeszające poszczególne grupy uczestników rynku – tu pozornie bardzo trudno o kompromis, gdyż pozornie interesy są sprzeczne. Inwestorzy chcieliby jak najbardziej przyjaznego i taniego sposobu udziału w rynku. Emitenci chcieliby jak najniższych opłat na notowania i animację. Instytucje infrastrukturalne chciałyby z kolei jak najwięcej zarabiać na jednych i na drugich. A po drodze są jeszcze domy maklerskie, które też nie prowadzą działalności charytatywnej. Ale jest jeden cel wspólny – rozwój polskiego rynku kapitałowego. I bynajmniej nie jest to jakiś pusty frazes, ale cel, na którego realizacji powinno zależeć nam wszystkim w naszym własnym interesie.

Jeśli inwestorzy pójdą na inne – tańsze i bardziej przyjazne rynki – to będą zasilać zagraniczne gospodarki ze szkodą dla wzrostu gospodarczego w Polsce, a zatem też dla nich samych. Jeśli emitenci wybiorą tańsze i lepsze notowania za granicą, to pozornie na tym zyskają, ale oznaczać to będzie upadek ekosystemu finansowania mniejszych spółek w Polsce ze szkodą dla innowacyjności etc. Jeśli giełda będzie utrzymywać wysokie opłaty po to tylko, aby płacić wysoką dywidendę, to prędzej czy później straci klientów. Jeśli domy maklerskie będą konserwować nieefektywny system zawierania transakcji, to inwestorzy pójdą gdzie indziej.

Widać zatem wyraźnie, że wszyscy mamy dużo do stracenia i należałoby opracować zestaw działań, co do których będziemy wspólnie przekonani i wspólnie będziemy dążyć do ich realizacji. Nie w wyniku nowych regulacji, które są często źródłem wypaczeń, ale z uwagi na potrzebę realizowania wspólnego celu, jakim jest efektywny, bezpieczny i tani rynek kapitałowy. Sami musimy sobie te działania określić (duża ich część została zarysowana w poprzednich tekstach) i sami musimy je zrealizować. Oglądanie się na jakichś „onych", którzy mieliby przyjść z zewnątrz i zrobić tę robotę za nas, jest zwyczajnym unikaniem odpowiedzialności, graniem na czas, szukaniem alibi.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA