REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Strategia – jak dojść do celu: koszty

Postulaty w zakresie kosztów są dość proste: wymuszenie bardziej partnerskich relacji instytucji infrastrukturalnych z obydwoma
grupami klientów (tj. inwestorami i emitentami), odejście
od generowania zysków na rzecz stymulowania rozwoju rynku
oraz uproszczenie i potanienie sposobu zawierania transakcji.

Mirosław Kachniewski prezes zarządu, SEG

Foto: Archiwum

 

Przez ostatnie cztery tygodnie pisałem o diagnozie problemów polskiego rynku kapitałowego, pożądanym stanie docelowym oraz o propozycji rozwiązania problemu regulacji nieprzystających do rozmiarów polskiego rynku kapitałowego. Dziś przedostatni felieton z tej serii – zajmę się kwestią kosztów i możliwości ich obniżenia.

Jednym z trzech zidentyfikowanych we wcześniejszych tekstach problemów polskiego rynku kapitałowego są koszty infrastruktury i pośrednictwa, które w oczywisty sposób przenoszone są na końcowych odbiorców, czyli na inwestorów. Na wysokość tych kosztów mają wpływ: pozycja monopolistyczna, renta monopolistyczna oraz nieefektywne rozwiązania w zakresie obrotu papierami wartościowymi. Dla porządku przypomnę, iż kwestie kosztów regulacyjnych przedstawione zostały tydzień temu, w związku z czym nie będą poruszane poniżej.

Zacznijmy od pozycji monopolistycznej – obecnie regulacje są tak pomyślane, że emitent jest w pewnym sensie dożywotnio „przypisany" do giełdy, na której rozpoczął notowania. Taka sytuacja ma oczywisty wpływ na gospodarkę kosztową, relacje z klientami, narzucanie swoich rozwiązań innym uczestnikom rynku. Co ciekawe, jako pierwsze konkurencję poczuły giełdy największe, gdyż tam były zaangażowane największe pieniądze. Giełdy rozpoczęły rywalizację między sobą o to, aby nowi emitenci stali się właśnie ich więźniami, bo to generuje największe strumienie przychodów (opłaty od emitentów i od obrotu). Dodatkowo, do gry weszły platformy obrotu, które przejmowały część obrotów najbardziej atrakcyjnymi spółkami. Warto nadmienić, iż konkurencja tych platform jest bardzo niebezpieczna, bo w dużej mierze pasożytnicza, nie tylko z uwagi na niższe wymogi regulacyjne, ale przede wszystkim ze względu na możliwość selekcji do notowań tych papierów wartościowych, które już wcześniej zostały przez innych „sprawdzone" i które gwarantują wysokie obroty. W przypadku naszego rynku tego oddechu konkurencji jeszcze nie czuć, w związku z czym wciąż obowiązuje model giełdocentryczny, co oznacza, że decyzje były często podejmowane bez uwzględnienia opinii uczestników rynku. Poziom kosztów bezpośrednich i pośrednich ponoszonych przez uczestników rynku w wyniku takich arbitralnych decyzji jest relatywnie tym większy, im ten rynek jest mniejszy. A jednocześnie im mniejszy rynek, tym większe poczucie monopolu (bo platformy obrotu nie są zainteresowane notowaniem spółek o niskim potencjale obrotów). Bez zmiany tego nastawienia dalszy rozwój rynku nie będzie możliwy.

Poczucie monopolu ma także wymiar czysto finansowy – pozwala bowiem na realizację bardzo wysokiej renty monopolistycznej. GPW (jako spółka jednostkowo, nie jako grupa) generuje około 100 mln zł zysku rocznie, przy przychodach na poziomie około 175 mln zł. Tak wysoka marża w przypadku podmiotu z branży pośrednictwa handlowego otwartego na konkurencję byłaby niemożliwa do utrzymania. Warto dodać, że te 100 mln zł jest wypłaconych w postaci dywidendy. W obliczu wielokrotnie większych funduszy inwestowanych przez państwo w rozwój innowacji warto by się było zastanowić, czy nie bardziej efektywnym rozwiązaniem byłoby zostawienie środków z dywidendy na giełdzie, aby – poprzez obniżenie kosztów obecności na rynku kapitałowym – w sposób naturalny umożliwić rozwój innowacyjnym firmom. Kolejna sprawa to nieefektywny sposób zawierania transakcji. Zakrawa to na paradoks, że rynki papierów wartościowych, które przez lata szły w awangardzie rozwoju technologicznego, oferując najbardziej efektywne możliwości obrotu, obecnie – uśpione swoją wcześniejszą przewagą technologiczną – zostają mocno w tyle. Nie znam innego obszaru handlu wystandaryzowanym instrumentem, który wymagałby zaangażowania aż trzech instytucji. Łańcuch transakcji jest bardzo długi: inwestor–dom maklerski–giełda–dom maklerski–inwestor, a przez to też bardzo drogi. Czy można się w tej sytuacji dziwić, że coraz więcej inwestorów szuka transakcji na foreksie, czy też kryptowalutami? Oczywiście częściowo takie decyzje wynikają z zaślepienia perspektywą wyższych zysków i agresywną postawą „łowców jeleni", ale w dużej mierze też z tańszego i bardziej przyjaznego dla użytkownika dostępu do rynku.

Warto podkreślić, że taki sposób zawierania transakcji jest szkodliwy dla samych domów maklerskich – rokrocznie generują one straty na tym pośrednictwie idące w grube miliony złotych. I to są pieniądze, które rynek mógłby odzyskać natychmiast. Jakkolwiek dziwnie by to brzmiało, ta część biznesu mentalnie przypomina zachowanie banków z lat 90., kiedy każdy bank chciał mieć własną sieć bankomatów. Było to rozwiązanie drogie i niewygodne dla klientów, więc musiało z czasem ulec zmianie w kierunku centralizacji usług bankomatowych. To samo musi się zdarzyć w odniesieniu do przekazywania zleceń na giełdę – wystarczy stworzyć Centralny Dom Brokerski (może być pod egidą Izby Domów Maklerskich lub giełdy, względnie jako wspólna inicjatywa), który dzięki realizacji korzyści skali nie będzie dokładał do tego biznesu, a branża uwolni miliony złotych na realizację innych ciekawych projektów. Z punktu widzenia klientów domów maklerskich nic nie musiałoby się zmienić, a rynek stałby się tańszy.

Postulaty w zakresie kosztów są zatem dość proste: wymuszenie bardziej partnerskich relacji instytucji infrastrukturalnych z obydwoma grupami klientów (tj. inwestorami i emitentami), odejście od generowania zysków na rzecz stymulowania rozwoju rynku oraz uproszczenie i potanienie sposobu zawierania transakcji.

Za tydzień ostatni już felieton z tej serii – co zrobić, aby przyjęta strategia została skutecznie wdrożona.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA