W ubiegłym roku, w szczycie pandemicznej zawieruchy, pojawiały się opinie, że dojdzie do kolejnej fali konsolidacji polskiego sektora bankowego. Wszak stopy procentowe były niemal zerowe, co uderzało w wynik odsetkowy i rentowność, rosły rezerwy kredytowe z powodu recesji, a podatek bankowy pozostawał wysoki i obciążał zyskowność. Jednocześnie wyceny banków spadły do najniższych poziomów od połowy 2009 r. i wskaźnik ceny do wartości księgowej indeksu WIG-banki obniżył się w okolice 0,35 (mogło to pozwolić na wykazanie zysku z „okazyjnej", czyli niższej od wartości księgowej, ceny kupna).
Nie warto interesować się małym kąskiem?
Do żadnej transakcji jednak nie doszło. Ostatnią fuzją w Polsce było przejęcie w 2019 r. Euro Banku przez Millennium. Wprawdzie była jeszcze jedna próba – Commerzbank wystawił jesienią 2019 r. na sprzedaż cały posiadany przez siebie pakiet 70 proc. akcji mBanku – ale nie powiodła się głównie z powodu pandemii i w lutym 2020 r. Niemcy odstąpili od próby sprzedaży (ofertę według nieoficjalnych informacji zdążył złożyć Pekao). Od tego czasu, mimo że warunki funkcjonowania banków pogorszyły się i ich rentowność mocno spadła, zapanowała flauta na rynku bankowych fuzji. Wyjątkiem jest Citi Handlowy, którego biznes detaliczny został wiosną tego roku wystawiony na sprzedaż, ale jego skala jest mała (ma tylko 7 mld zł aktywów) i jednocześnie jest to element większej transakcji: Amerykanie chcą wyjść z 12 innych rynków detalicznych na świecie.
– Polski sektor bankowy ma jeszcze spory potencjał do dalszej konsolidacji, zwłaszcza sektor spółdzielczy stoi przed dużą falą połączeń. Ze względu na duże rozdrobnienie banków spółdzielczych i dotychczasowe powolne tempo tego procesu – patrząc na inne rynki europejskie – potrzebne jest duże przyspieszenie. W przypadku sektora komercyjnego konieczne jest ostateczne rozwiązanie problemu frankowego, bo bez tego trudno dokonać sensownej wyceny i uzgodnić warunki zadowalające obie strony. Nie spodziewam się więc, że proces konsolidacji banków komercyjnych będzie przebiegał bardzo szybko w najbliższych latach, ale nie można wykluczyć pojedynczych transakcji – mówi Maciej Meder, dyrektor zarządzający firmy konsultingowej ZEB.
Teraz banków komercyjnych w Polsce jest 30, czyli o 19 mniej niż dekadę temu, ale udział pięciu największych graczy w aktywach sięga już prawie 58 proc. wobec 44,5 proc. w 2009 r. Dawno już sektor podzielił się na dwie części: grupę pięciu banków o największej skali, trzy instytucje o średniej skali i resztę, która jest znacznie mniejsza. Liderem sektora jest PKO BP z aktywami rzędu 404 mld zł, dalej są Pekao (247 mld zł), Santander (234 mld zł), mBank (208 mld zł) i ING Bank Śląski (201 mld zł). W drugiej grupie są BNP Paribas (128 mld zł), Millennium (104 mld zł) i Alior (78 mld zł). Dalej są jeszcze wspomniany Handlowy (60 mld zł), który od lat tkwi w miejscu pod względem skali i po sprzedaży biznesu detalicznego jeszcze się ona skurczy, oraz Getin Noble Bank (49 mld zł), który ma wielkie problemy kapitałowe i od kilku lat jego suma bilansowa topnieje. Credit Agricole Bank Polska ma 27 mld zł, a kontrolowany przez państwo Bank Ochrony Środowiska ma 20 mld zł. Zupełnymi mikrusami są Bank Pocztowy (9 mld zł) i Nest Bank (7 mld zł).
Najbardziej prawdopodobne jest, że na sprzedaż trafią banki spoza pierwszej piątki pod względem aktywów. Od lat panuje przekonanie, że skala w bankowości jest istotna i duże uniwersalne banki dzięki niej potrafią osiągać wyższą rentowność (za sprawą m.in. niższych kosztów finansowania, większych możliwości inwestycji w tak ważną technologię, co poprawia jakość obsługi i oferty, a więc przekłada się na siłę konkurencyjną i zdolność pozyskiwania klientów, wyższa rentowność wspiera kapitały i zdolność do rozwoju). Jednak różnica w skali między największymi graczami a najmniejszymi jest tak duża, że ci pierwsi mogą nie być zainteresowani zakupem. Wszak ci najwięksi w zaledwie parę kwartałów potrafią zwiększyć aktywa wzrostem organicznym o tyle, ile wynoszą aktywa tych małych banków. I to wzrost ten odbywa się na ich własnych zasadach, a więc jest bezpieczniejszy, i dodatkowo nie trzeba prowadzić fuzji operacyjnej, która nie dość, że kosztuje, to pochłania energię i zasoby, które można by skierować na samodzielny rozwój biznesu. Do tego dochodzi ryzyko odejścia klientów po transakcji: aby ich pozyskać, nie trzeba kupować całego banku. Żeby małe podmioty przyciągnęły dużych graczy, musiałyby mieć coś, co uzasadniałoby transakcję i czego ci duzi nie mają, np. know-how, odpowiednie procesy czy technologię, i jednocześnie transakcja musiałaby zostać przeprowadzona po bardzo niskiej cenie lub z odpowiednimi gwarancjami (dotyczącymi np. jakości portfela czy utrzymania klientów).
Warunki biznesowe się poprawiają
– Państwowe banki zapewne mają ochotę na dalsze zakupy. Problem w tym, że wraz ze wzrostem stóp procentowych i wyników banków przy wciąż dobrej koniunkturze chętnych do sprzedaży nie ma. Dodatkowo, banki, o których mówiło się, że są na sprzedaż, obarczone są portfelem kredytów frankowych, których kupujący nie chcą i wolą zostawić u dotychczasowego właściciela. Ten, nie mogąc liczyć na zrekompensowanie sobie tych strat w kolejnych latach z działalności, raczej woli nie sprzedawać banku wcale. Jedyny sens w obecnych warunkach miałaby – z punktu widzenia właściciela, niekoniecznie sektora bankowego czy jego ryzyka – fuzja banków państwowych, np. przyłączenie Aliora czy BOŚ do któregoś z większych podmiotów – uważa Marcin Materna, szef działu analiz Millennium DM.
Konsolidacja postępuje nawet bez przejęć. Dzieje się to po cichu, bo największe banki rosną organicznie szybciej niż te mniejsze, więc ich udział w aktywach się zwiększa. Rośnie też koncentracja pod względem zysku: pierwsza trójka i pierwsza piątka może wypracować odpowiednio 72 i 88 proc. tegorocznego zysku netto całego sektora.
Rynek coraz bardziej skoncentrowany: rośnie udział czołowych graczy pod względem aktywów i zysku netto
Udział pięciu czołowych banków w aktywach polskiego sektora bankowego, będący dobrym wskaźnikiem koncentracji branży, systematycznie rośnie. Teraz sięga – jak wynika z danych Komisji Nadzoru Finansowego – prawie 58 proc. Jeszcze w 2015 r. było to nieco ponad 50 proc., w 2009 r. zaś 44,5 proc. Wzrost wskaźnika to przede wszystkim efekt fuzji i przejęć, których w tym czasie było kilkanaście. Wśród największych transakcji wymienić należy kupno w 2013 r. Kredyt Banku przez BZ WBK, przejęcie w 2012 r. Polbanku przez Raiffeisena, zakup Nordei przez PKO BP w 2014 r., przejęcia w 2015 r. BGŻ przez BNP Paribas i Meritum przez Aliora, który w 2016 r. kupił jeszcze BPH. Ostatnimi dużymi transakcjami były przejęcia w 2018 r. części podstawowej Deutsche Banku Polska przez Santandera oraz podstawowego biznesu Raiffeisena przez BNP Paribas (w tych trzech ostatnich przypadkach wydzielono portfele frankowe), a także nabycie w 2019 r. Euro Banku przez Millennium (razem z frankami, ale hipoteki te zostały ubezpieczone od ryzyka prawnego). Wymienione transakcje skutkowały fuzjami i skokowym wzrostem udziałów rynkowych banków przejmujących. Były jednak też takie transakcje, w których dochodziło tylko do zmiany głównego akcjonariusza, np. w 2011 r. Santander kupił BZ WBK, w 2015 r. PZU przejął kontrolę nad Aliorem, a dwa lata później wspólnie z Polskim Funduszem Rozwoju także nad Pekao. Jednocześnie rosła koncentracja pod względem zysku: udział pięciu największych banków w zarobku netto sektora w 2019 r. wyniósł 76 proc. w porównaniu z 63 proc. w 2014 r. W 2020 r. sektor miał stratę, w bieżącym roku wskaźnik ten prawdopodobnie będzie najwyższy w historii. MR