REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Deficyt nie zawsze jest zły

Ekonomiści mają wątpliwości, czy rządowi uda się w 2020 r. zrównoważyć finanse publiczne. I nie jest też dla nich jasne, czy byłoby to pożądane.
Foto: Fotorzepa, Marta Bogacz

Ekonomiści są podzieleni w ocenach, czy rządowi uda się zrealizować plan finansowy na 2020 r., o którym pisaliśmy w poniedziałkowym „Parkiecie". Zakłada on, że po raz pierwszy we współczesnej historii budżet będzie w równowadze, tzn. wpływy pokryją w pełni wydatki. W tle jest jednak ważniejsze pytanie: czy w obecnych warunkach warto do takiego celu dążyć?

Fiskalny hamulec

„Można pokazać zrównoważony budżet bez sięgania po najłatwiejsze z działań wskazanych w WPFP" – zauważyli na Twitterze ekonomiści z mBanku. Odnieśli się do doniesień „Dziennika Gazety Prawnej", wedle których w projekcie budżetu na 2020 r. nie ma części propozycji na zwiększenie wpływów do budżetu, które pojawiły się w kwietniowej aktualizacji Wieloletniego Planu Finansowego Państwa. Rząd nie zaplanował podwyżki akcyzy na tytoń i alkohol, likwidacji limitu składek na ZUS, podatku handlowego ani podatku cyfrowego. Jeśli jednocześnie, jak wynika z ustaleń „Parkietu", w przyszłorocznym budżecie ma nie być deficytu, to rząd będzie miał trzy możliwości. Albo po jesiennych wyborach parlamentarnych, jeśli je wygra, wróci do tych pomysłów, albo będzie szukał innych sposobów na zasilenie publicznej kasy lub jakichś oszczędności. Trzecia ewentualność to oparcie się na jednorazowych wpływach oraz sztuczkach księgowych, które przesuną część wydatków poza sektor finansów publicznych lub na przyszłość.

Dwa pierwsze scenariusze, jak zauważyli ekonomiści z mBanku, „oznaczałyby wyraźne zacieśnienie polityki fiskalnej w przyszłym roku". A to, jak dodali, „powinno być podstawą do obniżenia prognoz wzrostu PKB w 2020 r.

Chwilowa równowaga

Trzeci scenariusz oznaczałby z kolei, że poprawa stanu finansów publicznych byłaby przejściowa. – Budżet bez deficytu w 2020 r. to osiągalny cel. Tylko że byłoby to możliwe dzięki jednorazowym wpływom, np. z tytułu opłaty przekształceniowej (za przeniesienie środków z OFE na indywidualne konta emerytalne – red.) oraz sprzedaży częstotliwości i uprawnień do emisji CO2, a także krótkotrwałych oszczędności, np. na płacach w budżetówce – ocenia Aleksander Łaszek, główny ekonomista Forum Obywatelskiego Rozwoju. – Po takim roku budżet nadal nie będzie przygotowany na spowolnienie gospodarcze, które oznaczałoby m.in. spadek dochodów z VAT – dodaje w rozmowie z „Parkietem".

Podobnego zdania jest dr Jarosław Neneman, wykładowca na Uczelni Łazarskiego. – W obecnej sytuacji budżet powinien być oparty na konserwatywnych założeniach. Nie wydaje się, aby tak było. Skoro w ub.r. w budżecie był deficyt i w tym roku prawdopodobnie też będzie, to trudno uwierzyć, aby nie było go w przyszłym roku, gdy koniunktura w gospodarce będzie gorsza, spadnie dynamika dochodów, a przestrzeń do uszczelnienia systemu podatkowego będzie mniejsza – powiedział „Parkietowi" były wiceminister finansów.

Według niego po październikowych wyborach do parlamentu, jeśli PiS je wygra, rząd wróci do zapisanych w WPFP pomysłów na zwiększenie dochodów. – Pojawią się wtedy argumenty, że światowa gospodarka hamuje, w tej sytuacji nie można ciąć wydatków, a więc wszyscy muszą się na to złożyć – przewiduje.

Ograniczenia podaży

– Wydatki publiczne można podzielić na trzy grupy: sztywne, np. wynikające z zobowiązań emerytalnych, związane z utrzymaniem państwa oraz inwestycyjne. Nie należy szukać oszczędności w wydatkach z tej trzeciej kategorii – powiedziała „Parkietowi" prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Równowaga budżetowa nie powinna być celem samym w sobie. Gdyby młody człowiek postawił sobie za cel, że nie będzie zaciągał kredytów, a w rezultacie nie mógłby sobie pozwolić na kupno mieszkania i podnoszenie kwalifikacji, postąpiłby nieroztropnie. Tak samo jest w przypadku państwa na dorobku, które musi inwestować w edukację, służbę zdrowia, infrastrukturę – dodała ekonomistka związana z SGH. – Jeśli zasypanie deficytu nie odbyłoby się kosztem tych nakładów, to należałoby się z tego cieszyć.

Foto: GG Parkiet

Także zdaniem Andrzeja Halesiaka, ekonomisty z Towarzystwa Ekonomistów Polskich, ocena deficytu w sektorze finansów publicznych zależy od tego, co on finansuje. – Jeśli te pieniądze po prostu przejadamy, to lepiej, aby budżet był w równowadze – tłumaczy. Jak podkreśla, polskiej gospodarce nie są obecnie potrzebne większe wydatki publiczne. – W sferze inwestycji widać ograniczenia podaży. Niewykluczone, że większe nakłady tylko nasiliłyby napięcia na rynku pracy i wywołały dalszy wzrost cen materiałów. Także w sferze badań i rozwoju naszą bolączką nie jest niedobór kapitału, tylko to, że system nie sprzyja przekuwaniu dobrych pomysłów na sukcesy rynkowe – dodaje.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA