Według ankiet BofA sporządzonych pośród zarządzających funduszami w USA, dolar jest jednym z najbardziej popularnych zakładów na spadek kursu, a powiedzenie „wszystko, byle nie amerykańska waluta” stało się popularne na tyle, że w miarach pesymizmu nie byliśmy tak wysoko od ponad dekady. Tymczasem wtorek przyniósł odbicie dolara na szerokim rynku, po tym, jak w miniony piątek nie wykorzystał on szansy w postaci słabszych danych o styczniowej inflacji CPI. Ich beneficjentem stał się rynek długu, a powrót popytu na amerykańskie obligacje może być też sygnałem, że inwestorzy ponad nastawienie do Donalda Trumpa przekładają czystą kalkulację – skoro Fed może ciąć stopy mocniej w drugiej połowie roku za kadencji nowego szefa Kevina Warsha, a na rynkach akcji zrobiło się nieco nerwowo za sprawą niepewności wywołanej przez implementację AI, to może by tak zagrać znów starym schematem? Silniejszy dolar to z kolei nieco słabszy złoty. Zresztą w ostatnim czasie to węgierski forint skradł nam show – tam inwestorzy coraz mocniej grają na zmianę władzy po kwietniowych wyborach.

Co dalej? W środę mamy zapiski z posiedzenia Fedu, ale to piątek będzie istotnym dniem w rynkowym kalendarzu – mamy tu istną kumulację, poczynając od inflacji PCE, przez PKB za IV kwartał, na indeksach PMI i nastrojów konsumenckich kończąc. Ale najważniejsze nie będą odczyty makro, tylko wyrok Sądu Najwyższego w temacie ceł Trumpa, który może wprowadzić na rynki sporą niepewność. Ale nie na takie tematy nasz złoty był ostatnio odporny. Czy tak będzie też i teraz?