Cena ropy naftowej dosyć gwałtownie reagowała na wydarzenia geopolityczne w tym roku. Bezprecedensowy atak na Wenezuelę ze strony USA czy groźby dotyczące interwencji amerykańskiej w Iranie doprowadziły do wzrostu cen nawet powyżej 10 proc., patrząc na najniższe i najwyższe poziomy w tym roku. Prognozy fundamentalne są jednak bezwzględne: na rynku ma panować ogromna nadpodaż. Czy jednak czynniki geopolityczne nie przeważą nad globalnymi fundamentami rynku ropy naftowej? Zarówno Wenezuela, jak i Iran nie są aż tak znaczące na rynku ropy naftowej jak Stany Zjednoczone czy Arabia Saudyjska. Rynek powinien zdecydowanie bardziej przejmować się tym, co dzieje się wokół Rosji. Wenezuela produkuje mniej niż 1 milion baryłek dziennie i zapowiedzi Donalda Trumpa o znacznym zwiększeniu tamtejszej produkcji wydają się być na ten moment bez pokrycia.
Z drugiej strony mamy Iran, który produkuje ponad trzy razy więcej, ale jego głównym klientem są Chiny, które mogą znaleźć sobie alternatywne źródła surowca. Również samo ryzyko związane z ograniczeniem dostępności do podaży z Rosji, w przypadku braku chęci dążenia do pokoju z Ukrainą, wydaje się być mocno ograniczone. Rosja doskonale radzi sobie z sankcjami od 2022 r., a kraje azjatyckie nie wydają się przejmować groźbami ze strony Stanów Zjednoczonych.
Wydaje się w takim razie, że sytuacja podażowa nie powinna ulec zmianie, a popyt nie reaguje na wciąż niskie ceny. Owszem, Międzynarodowa Agencja Energii ograniczyła swoją prognozę nadpodaży, ale jedynie marginalnie. Na ten moment widzi nadpodaż rzędu 3,7 mln baryłek na dzień, a nie jak wcześniej 3,8 mln baryłek na dzień.