Iskrą zapalną okazała się premiera narzędzi firmy Anthropic, która zapoczątkowała gwałtowną wyprzedaż SaaS-ów, szybko ochrzczoną mianem „SaaSapocalipse”. Claude Cowork zyskał możliwość pracy na lokalnych katalogach oraz danych w chmurze, a opublikowane w publicznym repo pluginy pozwalają przekształcać go w wyspecjalizowane „role”, od prawnika po analityka danych. Rynek szybko odczytał to jako sygnał potencjalnej zmiany strukturalnej, a straty w segmencie Software&Services w krótkim czasie sięgnęły setek miliardów dolarów kapitalizacji. W mediach niemal natychmiast pojawiły się tezy o „końcu SaaS” oraz przekonanie, że dzięki vibecodingowi każdy będzie mógł tworzyć własne aplikacje, wypychając tradycyjnych dostawców na margines. To klasyczny przykład skrajnie binarnej narracji rynkowej, gdzie albo jesteś beneficjentem nowej fali, albo jej ofiarą. Rzeczywistość jest jednak znacznie bardziej zniuansowana.

Przez lata SaaS uchodził za model niemal idealny, co potwierdzała skala inwestycji venture capital. Łączył szybki wzrost z powtarzalnymi przychodami (MRR/ARR), wysokimi marżami brutto oraz obietnicą silnej dźwigni operacyjnej po osiągnięciu skali, przy niskich kosztach marginalnych. Wysokie mnożniki wycen opierały się na założeniu, że przychody subskrypcyjne będą rosły niemal bez końca, a marże pozostaną stabilne. Problem polegał na tym, że pod wspólną etykietą SaaS znalazły się zarówno deeptechy, budujące trudną do zastąpienia wartość, jak i spółki, których przewaga sprowadzała się do cienkiej warstwy UX/UI na wierzchu relatywnie prostych funkcjonalności.

Moim zdaniem skala wyprzedaży była w dużej mierze przesadzona. Narracja, zgodnie z którą firmy masowo zaczną budować aplikacje wewnętrznie, porzucając zewnętrznych dostawców, jest oderwana od realiów funkcjonowania dużych organizacji. Dla korporacji software nigdy nie był celem samym w sobie, chcą one koncentrować się na core businessie, a nie na tworzeniu narzędzi wspierających obszary takie jak HR czy compliance. Jako bank czy operator telekomunikacyjny zmagasz się z ogromną złożonością projektów wewnętrznych i to tam alokujesz uwagę oraz kapitał. Szybsze tworzenie aplikacji faktycznie zwiększa opcjonalność po stronie klientów i może wywierać presję na marże, ale nie oznacza końca klasycznych spółek SaaS, raczej konieczność bardziej precyzyjnego uzasadnienia dostarczanej przez nie wartości.

Na rozgrzanym emocjami Fintwicie coraz częściej pojawia się teza, że „software stał się tani”. To właśnie tutaj dochodzi do fundamentalnego nieporozumienia. Tańszy kod nie implikuje tańszego software’u. Kod w momencie napisania natychmiast staje się legacy, a największym wyzwaniem oprogramowania nigdy nie było zakodowanie pojedynczych funkcjonalności, lecz jego długoterminowe utrzymanie, testy, bezpieczeństwo oraz stale zmieniające się wymagania biznesu. Najnowsze przełomy w AI bez wątpienia obniżają koszt generowania kodu, ale nie obniżają kosztu odpowiedzialności za jego działanie, a często wręcz go zwiększają. W świecie masowo produkującym nietestowany, niskiej jakości kod, wartość dobrze zaprojektowanego i stabilnie utrzymywanego software’u rośnie, a nie maleje. Pamiętajmy też, że mówimy o spółkach dysponujących ogromnymi zasobami i know-how, które z tradycyjnego SaaS mogą szybko ewoluować w AI-backed SaaS.