Wygląda na to, że żyjemy w przełomowych czasach. Wojna w Ukrainie wpływająca na całą Europę i nie tylko, wysoka inflacja, zaburzenia w łańcuchach dostaw w Chinach... Jak wysokie jest więc prawdopodobieństwo tego, że będziemy mieć w tym roku recesję w strefie euro?
Recesja na pełną skalę, czyli spadek PKB za cały rok, to obecnie scenariusz dosyć mało prawdopodobny. Ryzyko jego wystąpienia jest małe, ale tylko z jednego powodu: tego, że dynamika wzrostu gospodarczego, liczonego w porównaniu z poprzednim rokiem, była jak dotąd dosyć szybka. Dane za styczeń i luty sugerowały jak dotąd wysoki wzrost PKB, więc gospodarka musiałaby w kolejnych miesiącach skurczyć się naprawdę mocno, by spadł PKB za cały rok. Jeżeli jednak doszłoby do pełnego wstrzymania dostaw gazu i ropy z Rosji, to wszystko mogłoby się zmienić bardzo szybko.
Dane PMI za marzec, pokazujące koniunkturę w sektorze prywatnym strefy euro, Francji i Niemiec, były świetne. Tymczasem indeksy nastrojów biznesowych pokazują wskazania podobnie kiepskie jak wiosną 2020 roku...
Dokładnie! Po publikacji tych danych można było zadać sobie pytanie: „Czy oni wiedzą o tym, że trwa wojna?". To była duża niespodzianka także dla nas, gdyż doszło do tylko niewielkiego, wręcz kosmetycznego pogorszenia indeksów koniunktury, zwłaszcza w niemieckim przemyśle. Gdy przyglądamy się natomiast danym innych dużych ośrodków badawczych, to widzimy na przykład, że indeks klimatu biznesowego niemieckiego instytutu Ifo spadł do poziomu z czasów pierwszego lockdownu z 2020 r. Czyli z okresu, w którym cała gospodarka niemiecka stała. Być może wskaźniki PMI nie pokazują jeszcze wyraźnie wstrząsu, ale spodziewam się, że dojdzie do ich silniejszego spadku. Na pewno spadną one poniżej 50 pkt, czyli poniżej poziomu oddzielającego kurczenie się sektora od ekspansji. Nie mogę sobie bowiem wyobrazić, by nadal dochodziło do umiarkowanego wzrostu aktywności, gdy mamy do czynienia z tak wielkim zagrożeniem.
Mamy również do czynienia z dużymi zakłóceniami w łańcuchach dostaw. Spowodowanymi nie tylko wojną w Ukrainie, ale również sytuacją pandemiczną w Chinach. Chińskie wskaźniki PMI za marzec mocno spadły, do „recesyjnych poziomów".
Tak, a spadły one z powodu lockdownów. To problem, który wielu ludzi pomija w swoim myśleniu. Muszę przyznać, że jeżeli wojna w Ukrainie nie przybliży się bardziej do krajów Zachodu lub nie dojdzie do embarga na rosyjskie surowce energetyczne, to lockdowny w Chinach mogą mieć większy wpływ na łańcuchy dostaw i gospodarki europejskie niż sam konflikt zbrojny. Obecnie rosyjski gaz i ropa wciąż płyną do Europy, a problemem jest głównie wzrost cen oraz niepewność. Zagrożeniem związanym z lockdownami w Chinach są natomiast przerwy w dostawach półproduktów grożące ciągłości pracy europejskiego przemysłu. Jestem ciekawa, jak rozwinie się ta sytuacja. Podejrzewam jednak, że europejskie spółki wyciągnęły wnioski z poprzednich kryzysów, i mam nadzieję, że zgromadziły więcej zapasów.
Może przedsiębiorcy myślą: „Rządy znowu nas wspomogą finansowo, tak jak w czasie pandemii"?
Obawiam się, że obecnie jedno zagrożenie ściga się z kolejnym. Mechanizmy pomocowe są kontynuowane, ale z biznesowego punktu widzenia nie dostrzegamy tego, co naprawdę dzieje się „pod powierzchnią". Zadziwiające jest choćby to, że liczba niewypłacalności europejskich spółek jest wciąż dosyć niska. W krajach takich jak Niemcy, Niderlandy czy Francja pewne mechanizmy pomocowe będą działały jeszcze do połowy tego roku. Ludzie w tych krajach mogą myśleć: „Skoro znów mamy poważną sytuację, to rząd znów powinien przyjść z pomocą". W krajach Europy Północnej rządy podchodziły wcześniej bardzo zasadniczo do kwestii zwiększania zadłużenia, ale taką politykę już zarzucono. Zapomniano już o polityce prowadzonej ponad dwa lata temu i zarzucono choćby niemiecką zasadę „czarnego zera", czyli niezwiększania długów. Myślę jednak, że to niebezpieczna sytuacja. Bardzo dobrze jest, gdy posiadamy możliwość udzielania krótkoterminowego wsparcia, ale pytanie brzmi: kiedy zakończyć mechanizmy pomocowe?
Widzieliśmy w ostatnich miesiącach, jak w wielu krajach rosły rentowności obligacji. Doszło do tego nawet w Japonii. Widzimy też, że Europejski Bank Centralny stał się nieco „jastrzębi".
Z perspektywy niemieckiej można powiedzieć, że jego polityka stała się normalna. (Śmiech) Ale z ogólnej perspektywy europejskiej rzeczywiście po raz pierwszy, odkąd pamiętam, pojawia się dyskusja na temat „jastrzębiej" polityki EBC. Dochodzi do tej dyskusji, gdy mamy wysoką inflację w strefie euro, która w marcu doszła do 7,4 proc.
Dane z poszczególnych krajów są jeszcze gorsze. W państwach bałtyckich i w Niderlandach była ona w marcu dwucyfrowa...
Spójrzmy choćby na Grecję. Przekroczyła ona już 7 proc. i nawet tam uznano, że nie powinno się jej pozwolić iść wyżej.
Ile więc możemy mieć podwyżek stóp procentowych w strefie euro w tym roku? Mówimy oczywiście o podwyżkach stopy depozytowej, która wynosi obecnie minus 0,5 proc.
Spodziewamy się jednej lub dwóch podwyżek, ale nie oczekujemy, by stopa depozytowa znalazła się w tym roku powyżej poziomu 0 proc. Naszym zdaniem EBC będzie bardzo ostrożny, w porównaniu z Bankiem Anglii czy Fedem. Decydenci z EBC zawsze mogą myśleć: „idziemy zbyt szybko, rynki finansowe będą przesadnie reagować i mogą być problemy z długiem państw takich jak Włochy czy Grecja". Gdyby zmieniły się nastroje we Włoszech na bardziej niechętne obecności w strefie euro, to nie mogliby tego kontynuować.
Na razie nie wygląda jednak, by ludzie z krajów leżących na peryferiach strefy euro chcieli wychodzić z unii walutowej. Przykład Grecji był zbyt odstraszający.
Tak, to prawda. Problem też jednak polega na tym, że strefa euro utknęła na etapie pośrednim. Ma wspólną walutę i politykę pieniężną, ale nie ma wspólnej polityki fiskalnej.
Trochę tej polityki fiskalnej już jednak się pojawiło, choćby unijne fundusze odbudowy gospodarki po pandemii...
Tak, ale wciąż trudno powiedzieć Holendrom czy Niemcom: „Hej! Oszczędzacie i płacicie wysokie podatki, a część tych podatków będzie trafiała do Grecji". Trzeba jeszcze wykonać dużo pracy, by Europejczycy czuli się bardziej solidarni. Dopiero wówczas będzie można zrobić postępy w budowie unii fiskalnej.
Jak bardzo sytuacja w strefie euro może wpływać na gospodarki państw Europy Środkowo-Wschodniej takich jak Polska?
Gdy Europa Zachodnia radzi sobie dobrze, to również korzysta na tym Polska, gdyż jest większy popyt na jej produkty eksportowe. Gdy zaś wielcy gracze popytowi mają kłopoty, to odczuwają je też inne kraje. Muszę jednak zwrócić uwagę na to, że obecnie wszyscy przyglądają się Polsce i temu, jak ona sobie radzi z kryzysem uchodźczym. Zmieniły się przez to nastroje wobec Polski. O ile wcześniej dawały o sobie znać różne kontrowersje polityczne na linii Polska–UE, o tyle obecnie wielu ludzi mówi: „Nie spodziewaliśmy się tego po Polsce. To naprawdę wspaniałe, co robi". To może na trwałe zmienić nastroje zarówno zwykłych ludzi, jak i rządów oraz spółek wobec Polski.
Czy spodziewa się pani większej relokacji produkcji z Rosji do krajów Europy Środkowo-Wschodniej?
Na pewno będziemy mieć z tym do czynienia. Relacje z Rosją zostały już „spalone". Nie spodziewam się, by zachodnie spółki znów zaczęły jej ufać w ciągu następnych 10–15 lat. Nawet jeśli uznają one, że ich decyzje były złe, i będą chciały wrócić na tamtejszy rynek, to koszty ponownej relokacji produkcji będą dla nich zbyt duże. Ta sytuacja może przynieść więc dobre skutki dla krajów regionu, a szczególnie dla tych, które są członkami Unii Europejskiej.
Tymczasem Ameryka mierzy się z własnymi problemami. Fed stał się bardzo „jastrzębi", a rynek spodziewa się, że będzie podnosił stopy na każdym swoim tegorocznym posiedzeniu. Czy jego polityka może jednak doprowadzić do załamania wzrostu PKB? Niektórzy analitycy spodziewają się już recesji w USA w przyszłym roku.
Nie sądzę, by ewentualna recesja była skutkiem podwyżek stóp procentowych. Jestem pewna, że za każdym razem kiedy Fed będzie podnosił stopy, będzie równoważył różne argumenty. Jednym z jego celów jest stabilność cenowa, a drugim dobra sytuacja na rynku pracy. Widzimy obecnie, że rynek pracy w USA jest mocno rozgrzany. Wielu ludzi rezygnuje z posad i szybko zdobywa nowe zatrudnienie. Nie spodziewam się więc, by podwyżki stóp zatrzymały wzrost gospodarczy, choć mogą go wyhamować. USA mają obecnie duży problem z inflacją, a ona przyspiesza nie tylko z powodu wstrząsów energetycznych. To również skutek tego, że rynek pracy jest rozgrzany. Od 2008 r. nie mieliśmy sytuacji, w której popyt rósłby tak mocno. Gdy przyglądamy się natomiast poziomowi stóp procentowych, to widzimy, że nie jest on jeszcze aż tak wysoki. Mamy więc naturalną sytuację, w której bank centralny podwyższa stopy i buduje sobie „bufor" pozwalający mu na reakcję w sytuacji kryzysowej. Jeśli dojdzie do kolejnej recesji, będzie miał przynajmniej instrument, za pomocą którego będzie mógł reagować.
Czy ma pani może wrażenie, że era globalizacji już się kończy? Nie tylko ze względu na sytuację wokół Rosji, ale też ze względu na rywalizację amerykańsko-chińską.
Raczej nie... Staliśmy się już zbyt zależni od globalizacji, a pieniądz zawsze znajduje dla siebie drogę. Jeśli więc Rosja lub Chiny przestaną odgrywać swoją rolę, to zastąpią je inne rynki. Podejrzewam jednak, że doszliśmy już do szczytu globalizacji. Od tej pory niektóre bardziej strategiczne gałęzie przemysłu, takie jak produkcja leków czy półprzewodników, będą częściej rozwijały się bardziej lokalnie. W Niemczech mieliśmy do 2005 r. własne fabryki mikroprocesorów, ale później uznano, że bardziej opłacalny będzie ich import z Tajwanu czy Japonii. Obecnie wszyscy się zastanawiają, dlaczego właściwie zrezygnowaliśmy z własnej ich produkcji.
CV
Christiane von Berg jest główną ekonomistką Coface w Niemczech i Europie Północnej. W tej francuskiej firmie ubezpieczającej eksport pracuje od 2019 r. W latach 2012–2019 pracowała w banku BayernLB m.in. jako ekonomistka ds. USA i Japonii. W latach 2007–2009 była zatrudniona w dziale produktów cyfrowych telewizji ZDF, a w 2008 r. była asystentką rzecznika ds. polityki finansowej frakcji CDU w parlamencie landu Nadrenia-Palatynat. W latach 2006–2011 studiowała na Uniwersytecie Johannesa Guttenberga w Meinz, a w latach 2011–2012 odbyła zaawansowany podyplomowy kurs międzynarodowej polityki gospodarczej w Instytucie Gospodarki Światowej (IfW) w Kilonii. Oprócz niemieckiego zna język angielski, hiszpański, francuski i łacinę.