Nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę pokazuje właściwą godzinę – tym powiedzeniem najczęściej dyskredytuje się analityków o niezmiennych poglądach na rynek i gospodarkę, niezależnie od tego, czy są niepoprawnymi optymistami czy permanentnymi pesymistami. Niesłusznie. Ci spośród niereformowalnych byków i niedźwiedzi, którzy formułują jednoznaczne prognozy dotyczące np. terminu zakończenia hossy, są weryfikowani przez rzeczywistość. Albo mają rację, albo nie. Analityków, których „stała śpiewka" jest bardziej ogólnikowa, też można rozliczyć, choć jest to trudniejsze. Kluczowe są argumenty, które stoją za ich przewidywaniami. Kasandrom, które wieszczyły USA kryzys walutowy z powodu ich permanentnego deficytu na rachunku obrotów bieżących, historia wbrew pozorom wcale nie przyznała w latach 2007–2009 racji. Owszem, kryzys wystąpił, ale miał inne przyczyny i przebieg, niż oczekiwał np. Nouriel Roubini. A dolar, postrzegany przez inwestorów jako bezpieczna przystań, wyraźnie się wtedy umocnił. Zafiksowanych analityków trzeba więc słuchać uważnie, większą wagę przykładając do tego, jak diagnozują rynkową i gospodarczą rzeczywistość, niż do ich przewidywań. Te ostatnie z praktycznego punktu widzenia i tak są zwykle mało przydatne, bo nie mają określonej daty ważności.