Do ataku na opór przy 1175 pkt zniechęca przebieg ostatniej sesji na światowych giełdach, zapowiadający trwalsze pogorszenie koniunktury. Rodzi się teraz pytanie, co w takiej sytuacji zrobi nasz rynek. Skoro nie rósł wcześniej w takiej skali jak światowe giełdy, to można obecnie oczekiwać, że przynajmniej w początkowej fazie spadków zagranicą, będzie się im opierać. To tym bardziej prawdopodobne, że po środowym ataku kupujących nastroje się mocno poprawiły. Trzeba jednak pamiętać, że WIG20 szybko powrócił poniżej przełamanego wtedy kwietniowego szczytu, co nie jest oznaką siły rynku. Niewykluczone, że kupujący jeszcze raz doprowadzą indeks do 1163 pkt i dopiero od tego, czy uda się przedostać ponad tą barierę, czy też nie zależeć będą ostatecznie losy kontynuacji zwyżki.

Na więcej uwagi zasługuje poniedziałkowa przecena na światowych giełdach. Zmieniła ona w istotny sposób krótkoterminowy obraz rynków, a niewykluczone, że będzie miała implikacje średnioterminowe. Patrząc na ukształtowane na DJIA, DAX i FTSE100 formacje wierzchołkowe i przypominając sobie przebieg poprzednich korekt w bessie, a także okoliczności ich zakończenia (nagła zniżka po okresie wytracania impetu zwyżki, dla której trudno wskazać bezpośredni powód), trudno oprzeć się wrażeniu, że przez ostatnie 2 miesiące mieliśmy do czynienia z identycznym schematem jak wcześniej. Choć jest na to za wcześnie, by przedstawiać tak zdecydowane hipotezy, trzeba się liczyć z tym, że indeksy światowe znalazły się na początku kolejnej fazy bessy, która doprowadzi do przełamania jej poprzednich minimów. Uważam takie zagrożenie za całkiem realne, głównie ze względu na napływające dane makroekonomiczne, świadczące o kłopotach z generowaniem przez gospodarki popytu na wytwarzane dobra. Jeśli taki stan utrzyma się, to firmom nie będą mogły zwiększać zysków, nawet pomimo udanej restrukturyzacji kosztów.