Wczorajsza sesja w USA będzie dla naszego rynku pewnym obciążeniem.
Przynajmniej na początku. Później będziemy już skupieni na sobie, co może
nam pomóc. Zresztą to obciążenie nie będzie wielkie. Wczorajsza obniżka
indeksów zza oceanu nie była zbyt silna. DJIA zaliczył spadek o 0,4%, a
Nasdaq o 0,6%. Najmocniej z trójki spadł SP500, bo o 0,9%. Powód przeceny?
Komentatorzy sugerują, że były to publikowane o 16:00 (naszego czasu) dane
o dynamice sprzedaży domów na rynku wtórnym. Wprawdzie sprzedaż okazała
się większa od prognoz, to jednak wzrósł także stan zapasów domów
niesprzedanych. Właśnie ten wzrost ilości niesprzedanych domów miał rynek
zaniepokoić, gdyż wzmagająca się podaż ma negatywny wpływ na ceny, a
spadające ceny nieruchomości to dalsze pogłębienie się problemów na rynku
kredytów hipotecznych.
Obawy co do możliwości kontynuacji zwyżki cen na rynku akcji są widoczne
nie tylko wśród komentatorów, ale również wśród analityków. Tych
ostatnich, którzy redagują newslettery dla klientów, stale obserwuje Mark
Hulbert. Przypomnijmy, że od wielu lat wylicza on indeks na bazie
proponowanego przez autorów newsletterów zaangażowania w akcje. Indeks ten
traktuje jak wskaźnik nastrojów wśród analityków. Obecny poziom indeksu to
5,5%, co oznacza, że średnie zaangażowanie w akcje zdaniem autorów
newsletterów powinno wynosić 5,5% posiadanego kapitału, a reszta powinna
być utrzymywana w gotówce. Jak widać nastroje są dalekie od optymizmu,
choć trzeba przyznać, że i tak są nieco lepsze niż jeszcze ponad tydzień
temu (niemal w samum dołku indeksów), gdyż indeks wynosił -11,3%, czyli,
że analitycy średnio zalecali 11-procentowe zaangażowanie po krótkiej
stronie rynku. Mark Hulbert komentując tak niskie wartości indeksu i
kierując się kontrariańską teorią poczynań na rynku sugeruje, że większe
szanse są na wzrost cen niż na ich spadek.
Ostatnie teksty w serwisach sugerują, że na naszych oczach tworzona jest
historia. Mowa o ostatniej akcji zainwestowania przez Bank of America 2
mld dolarów w Counrtywide. Już teraz szefa BoA Kennetha Lewisa przyrównuje
się do J.P. Morgana, który dokładnie 100 lat temu uratował rynek akcji
będący w panice angażując do tego własne środki o obecnej wartości ok. 1,3
mld dolarów. Dzięki temu posunięciu wtedy rynek się uspokoił. Teraz też
sytuacja zaczyna się normalizować. Czy Lewisowi należy się pomnik? Owszem,
zaangażowanie się w Countrywide podniosło poziom ufności i poprawiło
nastroje. Był to ruch odważny. Różnica jest jednak taka, że J.P. Morgan
dysponował własnym kapitałem. Ryzykował własnymi pieniędzmi. Lewis takiego
ryzyka nie ponosił. Zatem nie ma się co spieszyć z budowaniem pomników.
Tym bardziej, że kryzys jeszcze się nie skończył.