Brak sesji w Stanach sprawia, że zaczynamy nasze notowania na niewielkich
plusach (wzrost o 15 pkt.), które uznajmy za reakcję na wzrost indeksu w
Tokio. W sumie nie ma sensu się spierać, na co ta reakcja jest. Ma to małe
dla nas znaczenie. Grunt, że bykom wpadło kilka punktów i ponownie
zrodziły się nadzieje na zwyżkę cen. Przedstawiciele funduszy
inwestycyjnych podobno są zdania, że przed 2012 taka okazja do kupna może
się już nie zdarzyć. Czyli co? Niżej niż teraz już przez najbliższe cztery
lata nie będzie? Moim zdaniem taka teza jest wielce ryzykowna. Pomijam już
aspekt USA i zagrożeń z tym związanych, ale oznaczałoby to kontynuację
wcześniejszej hossy, która trwałaby 10 lat. Zresztą ciekawe skąd ta data
2012. Bo będzie Euro2012, czy że przyjmiemy euro? Dla mnie takie opinie
branży są tak samo wiarygodne, jak opinie spółek budowlanych i deweloperów
o wzroście cen mieszkań. Każdemu zależy na generowaniu popytu na swoje
usługi. Czy taka toporna nagonka jest w stanie coś zmienić? O ile jeszcze
jestem w stanie przyjąć, że rynek mieszkaniowy nie załamie się, choć może
poddać się korekcie, bo tu jednak popyt nadal jest duży, a możliwości
Polaków dzięki zwyżce płac powiększają się, to już w przypadku rynku
giełdowego takich oczekiwań bym nie formułował. Tu w końcu mamy wiele
powiązań z rynkami zagranicznymi i raczej trudno oczekiwać, by rodzimi
inwestorzy mieli dźwignąć samodzielnie cały rynek. Tym bardziej drobni,
którzy już raz klapsa dostali i teraz zastanowią się dwa razy zanim
podejmą decyzję o zakupie jednostek funduszy. To kara dla branży za tą
głupią kampanię sprzed roku, który epatowano setkami procent zysku. Jak
widać, trudno branży pojąć, że nie każdemu odpowiada ryzyko posiadania
akcji. M 42-43