Fatalna końcówka notowań w piątek miała swoją kontynuacje dziś. Zaczęliśmy
notowania od spadku cen o 23 pkt. Okazało się, że poziom otwarcia pozostał
maksimum całej sesji, a więc w ciągu całego dnia nie udało się zbliżyć,
nie mówiąc o negacji, do porannej luki bessy. Wychodzi więc na to, że nie
jest to jedynie poranna luka, ale będzie to także luka widoczna na
wykresie dziennym. Przewaga podaży wydaje się na tyle wyraźna, że wiele o
tym pisać nie trzeba. Czy więc skazani jesteśmy na spadek cen? Takie
podejście to przyznanie, że kilka ostatnich miesięcy to jedynie korekta
zimowych spadków.
Jeśli przyjąć, że teraz czeka nas spadek, to można oczekiwać zwiększonej
aktywności kupujących przynajmniej na trzech poziomach. Pierwszym jest
poziom linii łączącej dołki ze stycznia i marca. Znajduje się ona w tej
chwili na poziomie ok. 2760 pkt. Jej ewentualne przełamanie dla wielu
oznaczałoby wyjście z wielomiesięcznego trójkąta. Skutki takiego sygnału
byłyby łatwe do przewidzenia - kontynuacja ruchu z zimy, a więc
potencjalnie całkiem spory spadek. Gdzie miałby nas doprowadzić? Nie wiem,
czy w ogóle jest sens się zastanawiać. Inna sprawa, że na razie sygnału
nie ma, więc i niedźwiedzie nie mają się co podniecać. Trzeba także
zauważyć, że przełamanie linii trendu jest sygnałem dość śliskim i dobrze
by było, gdyby pojawiło się jakieś potwierdzenie. Za takie można byłoby
znać zejście pod poziom dołka z marca. Różnica w stosunku do poziomu linii
to niespełna 40 pkt., a więc chyba jednak opłaca się poczekać z wnioskami,
które miałyby być ważne wiele tygodni. Nie należy bowiem wykluczać, że to
jest jedynie kolejne wahnięcie w ramach konsolidacji. Tym bardziej, że
wielkość obrotu nie potwierdza poważnego ataku podaży.