Co słychać w świecie mody? Przygotowania do handlowego sezonu jesień–zima idą pełną parą?
Tak, pełną parą i to we wszystkich obszarach. Ogólnie szykuje nam się bardzo ciekawe drugie półrocze, bo przybędzie nam trochę nowych marek, a w związku z tym, że firma będzie obchodzić 15-lecie działalności, to i w marketingu szykujemy sporo atrakcji. Ale szczegółów na razie nie chciałbym zdradzać.
Zdradzi pan przynajmniej, jakie marki zadebiutują w najbliższym czasie na Answear.com?
No dobrze, niektóre mogę zdradzić. W Answear będą to między innymi: Marc Jacobs, Officine Generale, Citizens of Humanity, Hogan, Fay, Scotch& Soda, 7For All Mankind, Essentiel Antwerp czy Baldessarini. A w PRM Mugler, Frame, Agolde, The Attico, Stella McCartney, Yohji Yamamoto Y's. Niestety, nie wszystkie z tych marek będą dostępne u nas w Polsce, a w ogóle tych nowych marek mogłoby być o wiele więcej, gdyby konkurencja nas nie blokowała. Niestety ta branża rządzi się swoimi prawami, niekoniecznie w pełni transparentnymi i zgodnymi z duchem wolnej konkurencji.
A co z działaniami marketingowymi, też będzie dużo się działo? Obiecywaliście inwestorom, że wydatki na marketing będą mniejsze.
I faktycznie jako procent do przychodów będą mniejsze, ale ponieważ nasze przychody ciągle rosną, to wolumenowo stać nas na więcej. Poza tym, staramy się, aby te wydatki były coraz bardziej „smartne”, czyli jak najbardziej efektywne kosztowo i spektakularne wizerunkowo. Jesteśmy też coraz ważniejszym partnerem dla naszych dostawców, przez co marki coraz chętniej wspierają nas w takich działaniach.
Kiedy nowe marki i kolekcje jesień–zima trafią na witryny Answear, PRM i do sklepów Medicine, których pan i rodzina jesteście właścicielami?
Pierwsze kolekcje już są w sklepach. Proces wymiany asortymentu będzie teraz postępował szybko z tygodnia na tydzień.
Zrobili państwo w tym roku większe zapasy niż rok temu?
Zapasy są większe, ale mocno skorelowane z planami sprzedażowymi, które my zawsze konstruujemy bardzo realistycznie.
Czytaj więcej
Krakowska spółka założona przez braci Bajołków znowu jest na plusie. Zarobiła jednak mniej niż sądził zarząd. Także jej zyski 2026 roku będą niższe...
Co ma być w tym sezonie hitem w Answear.com, PRM, a co w sklepach Medicine?
Strategią wszystkich naszych marek jest, aby stawiać na produkty i kolekcje mocno trendujące, czyli znajdujące się na fali zwyżkowej w trendach, a przede wszystkim w wyszukiwaniach konsumentów. To gwarantuje nam sprzedaż na odpowiednio wysokim poziomie. W ostatnim sezonie letnim takimi markami były na przykład Birkenstock, New Balance, On Running, Polo Ralph Lauren, Lacoste czy Barbour. Jesienią obstawiamy na przykład marki skandynawskie, które świetnie wpisują się w mocno rosnący trend „quiet luxury” (cichy luksus – red.). W ostatnich sezonach ogólnie obserwujemy, że konsumenci są coraz bardziej znudzeni najpopularniejszymi wielkimi brandami, a coraz chętniej sięgają po marki mniej rozpoznawalne, czasem wręcz niszowe, nie epatujące logo, ale za to oferujące dobrą relację ceny do jakości. Marki skandynawskie dobrze wpisują się w taki trend, a my jako Answear jesteśmy dobrze przygotowani na takie zapotrzebowanie.
Właściciele sklepów z odzieżą i obuwiem uważają, że konsumenci w Polsce i regionie Europy Środkowo-Wschodniej pozostają wrażliwi na cenę. Czy tak jest także w przypadku produktów aspirujących do kategorii luksusowych?
Ja bym nie generalizował. Oczywiście na rynku jest duża grupa konsumentów, która jest wrażliwa na cenę i widać to po szybkim tempie rozwoju „najniższego” segmentu rynku, czy segmentu dyskontowego. My jednak zauważamy, że wielu z naszych klientów w ogóle nie reaguje na promocje i obniżki cen. Oni po prostu kupują, kiedy chcą i to, czego potrzebują. Pod tym względem szybko upodabniamy się do Europy Zachodniej, gdzie ten trend zauważono już o wiele wcześniej: promocje nie przekładają się tak bardzo na skalę zakupów.
A co dziś działa na klienta sklepów z towarami luksusowymi?
Trudno jest wskazać jeden czynnik. Obserwujemy duże rozwarstwienie tego rynku. To oznacza, że różni klienci mają różne potrzeby i trzeba je zaspokajać różnym zestawem ofert.
Czy w tym roku w sezonie jesień–zima ceny są u was wyższe niż rok temu? O ile?
Oferta cenowa od jakiegoś czasu nam się już generalnie nie zmienia, główne zmiany mieliśmy dwa lata temu. W tej chwili trend wzrostowy uległ wyhamowaniu. Dokładamy oczywiście nowe marki, ale z tego samego segmentu cenowego. Wartość średniego koszyka nam rośnie, bo klienci wybierają droższe produkty albo wrzucają ich więcej do koszyka.
Co oznacza segment średni i wyższy w ujęciu cenowym?
Ze względu na to, że rynek się mocno zróżnicował, dla każdego z nas, konsumentów, oznacza to coś innego. Kiedyś mówiliśmy ogólnie o segmencie wyższym – luksusowym. Dziś ten rynek należałoby podzielić na przynajmniej kilka segmentów: demokratyczne premium, premium, dostępne luxury i high end luxury. A gdyby zapytać konsumentów o ceny w poszczególnych segmentach, to dostalibyśmy też bardzo zróżnicowane odpowiedzi. Do tego można by dołożyć podziały idące w poprzek tych segmentów cenowych, jak wspomniane wcześniej „quiet luxury”, czy „new high fashion brands”, aby lepiej zrozumieć bardzo złożony obraz tego segmentu rynku.
Czytaj więcej
2026 rok to dla sektora handlu detalicznego obuwiem i odzieżą rok dużej zmienności. Notowani na giełdzie przedstawiciele branży są tego dowodem. Za...
Zalando obniżyło prognozę na ten rok, a Dariusz Miłek, założyciel CCC, który kilka lat temu przejął eObuwie, a potem założył platformę Modivo, ostatnio mówi, że na samym e-commerce trudno zarobić. Co pan na to?
Myślę, że nie jest to prawda, wierzę, że da się zarabiać na samym e-commerce. Oczywiście ten sektor w ostatnich latach miał mocno pod górkę, bo w e-commerce na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat zainwestowano bardzo duże pieniądze, przez co konkurencja stała się olbrzymia. Covid spowodował, że wszyscy tradycyjni detaliści zapragnęli też być na tym rynku, a potem doszły jeszcze chińskie platformy, które wywindowały ceny marketingu do niebotycznych poziomów. Zresztą nie było to trudne na rynku zdominowanym przez Google'a i Facebooka. Póki rynek rósł szybko, nie było problemu, ale gdy konsumenci wrócili po Covidzie do sklepów stacjonarnych, rynek spowolnił, a rentowności znikły.
Zakładam jednak, że sprzedaż e-commerce powoli, ale jednak dalej będzie rosła, firmy złapią masę krytyczną, zaczną wydawać mniej na marketing, bo największa fala walki o udział w rynku jest już chyba za nami, więc rentowności powinny się poprawiać. Zwłaszcza że domagają się tego inwestorzy. Mam też nadzieję, że ceny usług marketingowych przestaną rosnąć, w miarę rozwoju „agentic commerce” i innych nowych kanałów dotarcia do konsumentów i sprzedaży.
Jednym z problemów cen tzw. „klików” w kampaniach internetowych miały być wysokie budżety marketingowe chińskich platform Shein i Temu. Czy kliki tanieją?
To prawda. Shein i Temu, oszczędzając na cłach i podatkach, mocno podbiły stawki reklamowe. Mamy nadzieję, że po tym, jak Unia Europejska wprowadziła nowe cła dla produktów z Chin (3 euro za pozycję w przesyłce o wartości do 150 euro – red.) sytuacja zacznie się normować. Zaczyna to być już zauważalne w niższych segmentach rynku modowego.
Czy pana zdaniem to wystarczy?
Zdecydowanie nie. 3 euro to zdecydowanie za mało. My, importując produkty, płacimy 10-12 proc. cła, a potem jeszcze 23 proc. VAT, czyli w sumie jako procent składany wychodzi około 35 proc. do wartości produktu. U nich te 3 euro przy średniej wartości produktu 30 euro wyjdzie tylko 10 proc. do wartości produktu. A mówimy o regulacji dotyczącej wartości paczek do 150 euro. Dalej będą mocno uprzywilejowani, zwłaszcza na przesyłkach o wyższej wartości. Trzeba to doregulować, abyśmy mieli jednakowe warunki konkurowania z chińskimi platformami, a kraje UE nie traciły olbrzymich wpływów do budżetów.
Czy pana zdaniem da się w dłuższym horyzoncie handlować odzieżą i obuwiem nie mając sklepów stacjonarnych?
Tak, dla Answear.com i PRM podstawowym kanałem jest i będzie sprzedaż online. Chociaż mamy dwa salony stacjonarne i nie wykluczamy, że pojawią się następne, to mimo wszystko będą to raczej pojedyncze przypadki służące w dużej mierze naszym działaniom marketingowym, dzięki którym możemy być bliżej konsumenta, co marki bardzo doceniają.
Co stanowi największą przeszkodę w pana branży – poza konkurencją Temu czy Shein – a co ją dziś napędza?
– Tak naprawdę najbardziej drażni nas ta właśnie wspomniana wcześniej nierówność zasad konkurowania z chińskimi platformami. I nie chodzi tu tylko o stawki celne i ich wątpliwą egzekwowalność, ale również o spełnianie wszystkich pozostałych wymogów UE w zakresie bezpieczeństwa produktów, norm środowiskowych, zasad komunikacji z konsumentami, czy innych przepisów tak zwanej ustawy omnibusowej itp. Do normalnej konkurencji jesteśmy przyzwyczajeni, ale nieuczciwą trzeba zlikwidować.
Jak idzie Answear.com biznes w Ukrainie?
Jest stabilny na poziomie adekwatnym do sytuacji. Gdyby działań wojennych nie było, albo przynajmniej nie intensyfikowały się, to możliwości tego rynku są zdecydowanie większe.
Musimy mieć też świadomość, że działamy na rynku wrażliwym na sentyment konsumenta. A ten sentyment jest obecnie psuty nie tylko przez wojnę, ale również przez nieodpowiedzialne zachowania naszych polityków, zwłaszcza tych z prawej strony sceny politycznej. Jakiś czas temu firmy, produkty i marki z Polski były mile widziane i pożądane na Ukrainie, jako wręcz synonim „lepszego zachodu”. Dziś ta sytuacja nie jest już tak jednoznaczna i zaczyna być widoczne, że lokalne ukraińskie marki rosną kosztem naszych. Szkoda, bo przecież misją polityków powinna być promocja naszego kraju, a widzimy, że w pogoni za głosami skrajnych wyborców potrafią robić rzeczy, które szkodą Polsce i polskim przedsiębiorcom.
Jeśli działania wojenne będą trwać, wycofacie się?
Na pewno się nie wycofamy. Nasz model biznesowy nie wiąże się z tak dużym ryzykiem, jak to ma miejsce w modelu ze sklepami stacjonarnymi. Mamy nadzieję, że kiedyś ta wojna się zakończy, a konsumenci na tym jednym z największych rynków w tej części Europy pozostaną dalej przychylni markom i firmom z Polski i będziemy mieli szansę na jeszcze większe korzyści z tego bliskiego nam rynku.
Jaki wpływ na wyniki Answear.com ma wojna na Bliskim Wschodzie?
Wszyscy w branży jesteśmy zależni od ceny ropy i produktów ropopochodnych oraz cen transportu. Statki opływają Afrykę i wiadomo, że transport się wydłużył i ceny poszły w górę. W naszym przypadku – to wzrost o kilka procent.
Eksperymentujecie ze sztuczną inteligencją?
Już nie eksperymentujemy, tylko staramy się ją wdrażać wszędzie, gdzie tylko się da. Działamy w wielu obszarach: w obsłudze klienta, komunikacji z markami, analityce, przetwarzaniu danych, usprawnianiu procesów, tworzeniu opisów, tworzeniu kontentu reklamowego. Oczywiście są obszary, w których musimy być wyjątkowo wyczuleni, aby konsument nie poczuł się zmanipulowany, wprowadzany w błąd, czy nie odczuwał jakiejś niepewności, ale wydaje się, że da się temu zapobiec, a korzyści dla firmy i dla konsumentów mogą być duże.
Co na stosowanie AI mówią marki, dla których pracujecie – jeśli można tak to ująć?
Oczywiście pojawiają się obawy, czy konsumenci tego chcą, czy nie. Na pewno wszyscy są wrażliwi na prawdziwość tego, co się robi i mówi. Jednak wszyscy zdają sobie sprawę, że nie można od tego uciec, tym bardziej, że na końcu to właśnie ma służyć klientowi.
Ile zainwestujecie w AI w najbliższej przyszłości i ile zaoszczędzicie po wdrożeniu?
– Nie pokusiłbym się o konkretne kwoty, nie mamy tak dokładnych planów. Widać, że nowe technologie mocno ułatwiają prowadzenie biznesu i że trzeba je wdrażać, bo pozwalają na oszczędności i usprawnienia procesów. Ale na razie obniżki kosztów są równoważone nawet z naddatkiem po stronie wydatków na wdrażane technologie. Na tę chwilę trzeba wydać więcej inwestując w technologię i w ludzi, którzy potrafią obsłużyć lub stworzyć potrzebne nam narzędzia.
Założenia programu menedżerskiego w Answear.com na ten rok mówią, że wynik EBITDA ma wynieść 90 mln zł. Gdy analityczka Domu Maklerskiego BOŚ oceniła w drugiej połowie lipca, że to realny cel, notowania akcji zaczęły rosnąć. Jak ten cel wygląda z pana punktu widzenia dziś?
Cele, które sobie stawiamy, są ambitne, bo to oznacza wzrost EBITDA o kilkadziesiąt procent, ale zdecydowanie uważam, że jest to wykonalne. Pierwsze półrocze pokazało, że jesteśmy na dobrej drodze, aby ten cel zrealizować.
Może przebijecie ten cel?
W tym roku – raczej nie. Pracujemy w takim biznesie, że te procesy trwają. Musimy inwestować w markę i ciągły rozwój, więc nawet jeśli będzie nam szło bardzo dobrze, raczej zainwestujemy więcej, aby w przyszłym roku szło nam lepiej.
Chodzi głównie o inwestycje w reklamę?
Nie tylko, także w rozwój technologii, infrastruktury logistycznej, czy marki własnej Answear Lab, która cieszy się coraz większym powodzeniem. To pewnie też potwierdzenie trendu na odkrywanie nowych marek przez konsumentów.
Jakie są cele dla Answear.com na 2027 r.?
Na pewno dalszy wzrost przychodów, mamy nadzieję, że dwucyfrowy i dalsza poprawa rentowności. Do tego inwestycje w technologie i automatyzację magazynu.
A jaki jest plan dla sieci sklepów Medicine?
Rozwój, rozwój i jeszcze raz rozwój, przy czym w tej chwili głównie za granicą. W Polsce czekają nas jeszcze pojedyncze otwarcia, ale główny ciężar pójdzie na zagranicę. Jesteśmy już obecni z 27 salonami w Czechach i na Słowacji. Teraz czas na otwarcie Rumunii, a potem liczymy na pozyskanie lokalizacji na Węgrzech, w Bułgarii i dalej na południe.
Myśli pan o wprowadzeniu tej sieci na giełdę?
W tej chwili nie widzę takiej potrzeby. Jedna spółka na giełdzie wystarczy.
Kiedy Answear.com może zacząć płacić dywidendę?
Nie na tyle szybko, aby można to było wskazać zobowiązująco. Mam nadzieję, że nie później niż w ciągu kilku lat.
Answear.com sięgnie ponownie po kapitał z giełdy?
Na tę chwilę tego nie planujemy, ale gdyby pojawiły się jakieś okazje albo pomysły inwestycyjne, również nie wykluczamy.
A co z udziałem Answear.com w szeroko pojętej konsolidacji rynku, nie tylko jako kupującego? Widać, że Zalando jest na zakupach.
Ogólnie wydaje się, że ten rynek jest już gotowy do konsolidacji, ale e-commerce nie jest łatwym modelem biznesowym do konsolidowania. Łatwiej jest pewnie przejąć sieć sklepów stacjonarnych z klientami przyzwyczajonymi do tych lokalizacji. Klient e-commerce nie jest przyzwyczajony do miejsca, trudno jest go też przerzucić na przykład do innej domeny, dlatego konsolidacja w internecie to duże wyzwanie i zapewne dlatego przejęcia nie zdarzają się zbyt szybko i często. My z naszymi doświadczeniami (chodzi o przejęcie PRM – red.) wiemy, że trzeba mieć dobry plan.