Niezależnie, co sądzimy o administracji Trumpa, jedno jej trzeba przyznać: nie ma zahamowań w używaniu sankcji przeciwko państwom, które uznaje za wrogie. Z rozmysłem wykorzystuje rolę dolara i nowojorskiego rynku w światowym systemie finansowym, by ugodzić po kieszeni w nielubiane przez siebie reżimy. Rosja, Iran, Kuba, Wenezuela, Korea Północna, Turcja – osoby, banki, spółki oraz instytucje m.in. z tych krajów zostały przez ostatnich kilkanaście miesięcy dotknięte sankcjami nałożonymi przez obecną amerykańską administrację. Na tym prawdopodobnie się nie skończy. Zza Atlantyku płyną bowiem sygnały, że gniew USA mogą poczuć również europejskie spółki zaangażowane w budowę gazociągu Nord Stream czy też prowadzące interesy z Iranem. W krajach dotkniętych amerykańskimi sankcjami odzywają się jednak co jakiś czas głosy, że restrykcje nakładane przez USA nie są skuteczne i nie świadczą o potędze Stanów Zjednoczonych, ale o tym, że ekipa Trumpa łapie się desperackich środków, by powstrzymać „postępujący upadek znaczenia USA". Czyżby więc sankcje były tylko straszakiem, czy też może rzeczywiście są one dotkliwe?