Nad przyczynami mocno ograniczonego apetytu na ryzyko przy wyborze instrumentów finansowych przez Polaków można by dyskutować godzinami. Z jednej strony mogą to być złe doświadczenia z pierwszej dekady wieku, kiedy klienci TFI mocno sparzyli się na funduszach polskich akcji. Może to być także niskie zaufanie do instytucji państwowych i rynku kapitałowego, będące np. echem afery GetBacku. Przykład pracowniczych planów kapitałowych wspomniane zmory zaczyna jednak powoli wymazywać z pamięci, a do Polaków coraz mocniej przemawia perspektywa bardziej dochodowych instrumentów finansowych, jakimi są np. akcje, od najprostszych rozwiązań, czyli lokat bądź depozytów. Widać to wreszcie po napływach do funduszy polskich akcji w ostatnich miesiącach. O tym, jak wzmocnić transfer oszczędności w kierunku giełdy, dyskutowano sporo podczas drugiego dnia tegorocznej, 26. Konferencji Rynku Kapitałowego, organizowanej przez Izbę Domów Maklerskich.
Za mali dla dużych, za duzi dla małych
Polski rynek kapitałowy w ostatnich latach wyrósł na lidera w Europie Środkowej, jednak jego skala wciąż pozostaje zbyt mała, aby wskoczyć do wyższej, zachodniej ligi. Jednym z kluczowych problemów jest stosunkowo niskie zainteresowanie Polaków bardziej ryzykownymi instrumentami finansowymi, takimi jak akcje czy też fundusze akcji i koncentracja oszczędności na niskooprocentowanych formach oszczędzania. Przez to na wzroście polskiej gospodarki i wycen spółek korzystają głównie inwestorzy zagraniczni – według szacunków Tomasza Bardziłowskiego, prezesa GPW, saldo napływów inwestorów detalicznych na rynek akcji w ubiegłym roku wyniosło około zera. Część ekspertów upatruje szansy na rozwiązanie tego patu w europejskiej Unii Rynków Kapitałowych, choć nie wszyscy są przekonani, że rozwiązania na poziomie unijnym będą odpowiedzią na krajowe wyzwania. Głosy o konieczności deregulacji na poziomie MiFID II padały podczas szeregu paneli często, bo w tej chwili rynek działa w zamkniętym kole – doradcy mają związane ręce przy oferowaniu bardziej ryzykownych instrumentów, a klienci ich nie znają.
Czytaj więcej
Rewelacyjne zachowanie polskiej giełdy w 2025 r. i poprzednich latach nie może przyćmić struktura...
W efekcie, choć oszczędności Polaków zgromadzonych na depozytach bankowych liczone są już w bilionach złotych, to pieniądze te w niewielkim stopniu służą rozwojowi rynku kapitałowego, a zatem nie pracują też tak, jakby mogły. Często podnoszoną kwestią była też niska zamożność większości Polaków – na ryzykowne inwestycje wciąż może pozwolić sobie tylko niewielka część. Mariusz Kiełczykowski, zastępca dyrektora Biura Maklerskiego Pekao, zwrócił uwagę, że często przywoływana kwota około 2,7 bln zł oszczędności zgromadzonych w bankach może tworzyć mylące wrażenie. W rzeczywistości znaczna część tych środków pełni funkcję zabezpieczenia finansowego gospodarstw domowych. Jak podkreślił, połowa społeczeństwa zarabia poniżej średniej krajowej, a jedynie około 8 proc. podatników znajduje się w drugim progu podatkowym. W związku z tym pojawia się pytanie, do kogo tak naprawdę kierowana jest oferta inwestycyjna.
Zdaniem Kiełczykowskiego banki w zbyt dużym stopniu koncentrują się na najzamożniejszych klientach, poświęcając mniej uwagi osobom o niższych dochodach. Jednocześnie sprzedaż bardziej ryzykownych produktów inwestycyjnych wymaga od klientów podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu rynków finansowych.