W ciągu ostatniej dekady rynek opuściło 149 spółek więcej, niż zadebiutowało, czyli liczba emitentów spadła o 17 proc. Jednocześnie w tym czasie kapitalizacja rynku wzrosła o 117 proc., indeks WIG o 166 proc., liczba rachunków inwestycyjnych o 72 proc. Należałoby zatem w pierwszej kolejności spróbować wyjaśnić przyczyny tej rażącej rozbieżności, które uzasadniałyby wzrosty wskaźników rynkowych przy jednoczesnym spadku liczby spółek.
Pierwsze wyjaśnienie jest dość oczywiste – spółek jest mniej, ale są lepsze, w związku z czym są więcej warte, dają więcej zarobić inwestorom i cieszą się ich większym zainteresowaniem. Niestety, nie do końca tak jest (o czym bardziej szczegółowo napiszę za tydzień), a w szczególności trudno dowodzić, że są aż o tyle lepsze, że kompensowałyby utratę 149 podmiotów. Musimy więc poszukać innych wyjaśnień, np. takiego, że 10 lat temu rynek się mylił w wycenie spółek, a dzisiaj je wycenia prawidłowo. Względnie że jest odwrotnie – wtedy miał rację, a dziś się myli. A może mylił się wówczas i myli się teraz. Tego nie wiemy i nie mamy jak zweryfikować, w związku z czym dane dotyczące wycen i kapitalizacji wydają się mniej „twarde” niż te dotyczące liczby emitentów.
Wracając do głównego wątku, spadająca liczba spółek powinna być zatem traktowana jako problem. Co więcej, jest to problem odnoszący się nie tylko do podmiotów (głównie małych), które opuściły rynek, ale do całego rynku. W tym kontekście problemy małych spółek nie są problemami małych spółek – to zdanie jest pozornie wewnętrznie sprzeczne, ale chodzi o to, że mamy tu do czynienia z problemem dużo szerszym. Nie takim, czy jakaś mała spółka otrzyma finansowanie rynkowe pozwalające na jej dalszy rozwój, ale czy małe spółki pozwolą na rozwój rynku.
Spółki „niebankowalne” dziś w dużej mierze są jednocześnie spółkami „niefunduszowalnymi”. Oczywiście mogą się zdarzyć duże spółki w ryzykownych branżach, którym banki nie udzielą kredytów, a fundusze chętnie kupią akcje. Ale to są bardzo rzadkie przypadki i będą coraz rzadsze – jeśli spółka jest dość duża, aby zainteresować sobą fundusze inwestycyjne, to już prawdopodobnie jest finansowana przez fundusze private equity. A one, jeśli nawet zdecydują się na exit drogą debiutu giełdowego, będą to przecież robić na etapie, kiedy zyski staną się mniejsze, przy jednoczesnym ograniczeniu ryzyka, co uczyni takie spółki bankowalnymi, a zatem nie będą miały one konieczności emitowania nowych akcji na etapie debiutu giełdowego.
Wielkie historie giełdowe zawsze pisane były przez spółki małe. Jeśli jesteśmy na takim etapie rozwoju rynku, że mała spółka nie może sobie pozwolić na debiut, to w perspektywie kilku najbliższych lat nie możemy oczekiwać spektakularnych wzrostów. A że taką sytuację mamy na rynku od dekady, to pojawiło się coś w rodzaju „luki demograficznej” – braku młodych spółek, które będą dynamicznie rosnąć.