Podczas gdy Wall Street zmaga się z falą rozczarowania i realizacją zysków w sektorze technologicznym, WIG20 demonstruje zaskakującą odporność, balansując na krawędzi sygnału, który może zdefiniować koniunkturę na kolejne tygodnie.
Aby w pełni zrozumieć wagę obecnej sytuacji, należy najpierw spojrzeć na to, co dzieje się w „centrum sterowania” globalnymi nastrojami, czyli z Nasdaqiem. Amerykański benchmark znalazł się w fazie wyraźnego schłodzenia nastrojów. Inwestorzy, dotychczas napędzani euforią wokół sztucznej inteligencji, zaczęli z większą rezerwą podchodzić do wycen rynkowych gigantów. Mieszane raporty finansowe, które napłynęły w ostatnim czasie z USA – czy to od producentów chipów, czy potentatów software’owych – stały się pretekstem do weryfikacji tezy o natychmiastowej monetyzacji nakładów na AI.
To wyraźne wahanie znalazło precyzyjne odzwierciedlenie na wykresie. W trakcie środowej sesji Nasdaq zanegował istotne, lokalne wsparcie Fibo 23156–23190 pkt, określane w nomenklaturze technicznej jako węzeł DiNapolego. Utrata tego bastionu jest pierwszym, wizualnym sygnałem słabości popytu. Co jednak kluczowe, fala spadkowa nie przerodziła się w panikę, lecz wytraciła swój impet z chirurgiczną precyzją na zniesieniu 61,8 proc. ostatniej fali wzrostowej (poziom 22692 pkt).
W tym momencie ważą się losy amerykańskiej korekty. Dopóki wymieniona bariera jest broniona, byki mają prawo traktować spadki jako zdrowy „przystanek”. Jednak ewentualna negacja tej zapory otworzyłaby drogę do rozwinięcia się głębszej struktury spadkowej, z realną opcją testu bazowego, średnioterminowego wsparcia 21840–22000 pkt.
Na tym wymagającym tle, postawa warszawskiego WIG20 zasługuje na miano relatywnej siły. Polskie blue chips konsekwentnie budują bazę pod atak na nowe szczyty. Wydarzenia na wykresie rozgrywają się w niezwykle newralgicznym miejscu – mowa o silnym klastrze podaży Fibonacciego 3470–3495 pkt. Jest to strefa wielokrotnie testowana i wyraźnie respektowana przez rynek, co tylko podnosi jej znaczenie.