Pora wyjaśnić, kiedy i jakie obszary powinny ulec zmianie oraz na ile się to mieści w regulacjach unijnych.
W ostatnich tygodniach spotykałem się z pewnym niezrozumieniem, dlaczego poruszam nieprzyjemne tematy, skoro rynek świętuje kolejne rekordy. Moje podejście jest takie, że trudne decyzje należy podejmować w czasach łatwych. Obecnie na rynku jest dość pieniądza, aby przeprowadzić zmiany, które przejściowo mogłyby doprowadzić do spadku dochodów uczestników rynku, ale w dłuższej perspektywie przyniosłyby korzyści wszystkim.
Ponadto, nie ma chwili do stracenia – jak wskazałem w poprzednich tekstach mamy do czynienia z „luką demograficzną” obejmującą przynajmniej dekadę zarówno w ujęciu ilościowym (z rynku regulowanego ubyło o 88 spółek więcej, niż debiutowało), jak i jakościowym (poza nielicznymi wyjątkami debiutanci nie dali zarobić inwestorom, pomimo dynamicznych wzrostów indeksów). Na giełdzie nie ma zatem nowych spółek, które mogłyby zasilać zdrowy rozwój rynku w długim okresie, a rozwój oparty o te „stare” może skończyć się wcześniej, niż nam się wydaje.
Propozycje rozwiązań są lustrzanym odbiciem przedstawianych wcześniej problemów. Skoro duże spółki mogą – co do zasady – liczyć na finansowanie bankowe, konieczne jest udrożnienie możliwości pozyskiwania finansowania rynkowego przez spółki małe. Wymagałoby to ograniczenia kosztów i zwiększenia korzyści związanych z debiutem giełdowym.
Koszty to przede wszystkim ograniczenie konkurencyjności wynikające z nadmiernej przejrzystości informacyjnej. Spółki małe nie są w stanie zaoferować inwestorom atrakcyjnych stóp zwrotu, jeśli muszą funkcjonować w reżimie informacyjnym opracowanym z myślą o największych koncernach. Spółki, w których nie ma matematycznej możliwości wykorzystania informacji poufnej zmuszane są do drobiazgowego raportowania, co bardzo utrudnia prowadzenie biznesu w warunkach bardzo silnej konkurencji charakterystycznej dla małych podmiotów, które z reguły nie mają szans na quasi-oligopolistyczną rentę wielkich dostawców dóbr lub usług.