Przygodę z obligacjami korporacyjnymi można zaczynać właściwie od każdej kwoty, jednak wartość środków na nie przeznaczonych determinuje, jak będzie wyglądał wachlarz rozwiązań, z których możemy korzystać.
Dywersyfikacja to podstawa
Kluczem do tych rozważań jest założenie, że na obligacje korporacyjne należy zawsze patrzeć w ujęciu portfelowym. Kupienie emisji obligacji jednego emitenta zazwyczaj nie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ potencjał zysku mamy wtedy z góry określony i zazwyczaj wynosi maksymalnie kilka punktów procentowych ponad WIBOR. Natomiast w przypadku bardzo negatywnego obrotu spraw możemy stracić nawet całość zainwestowanych środków. Rozproszenie ryzyka pomiędzy wielu różnych emitentów zazwyczaj nie zmienia istotnie potencjału zysku, za to radykalnie zmniejsza poziom ryzyka kredytowego, czyli niewypłacalności poszczególnych emitentów. Dość bezpiecznie możemy założyć, że portfel złożony z co najmniej 20 emitentów, w którym udział żadnego z nich nie przekracza 5 proc. wartości aktywów, jest już całkiem odporny na problemy pojedynczych emitentów. Zatem jeśli któryś z popadnie w problemy z regulowaniem zobowiązań, to w zdecydowanej większości przypadków cały portfel nadal powinien przynosić nam istotnie dodatnią stopę zwrotu.
Większość domów maklerskich nie pobiera opłat od zapisów na obligacje korporacyjne oferowane na rynku pierwotnym. Natomiast takich emisji w trybie publicznym, na które można się zapisać za dowolną kwotę, jest na tyle mało i grono emitentów oferujących obligacje w tym trybie jest na tyle wąskie, że trudno zbudować zdywersyfikowany portfel obligacji opierając się tylko na takich ofertach. Niezbędne będzie wykorzystanie rynku wtórnego, na którym transakcje zazwyczaj obarczone są opłatą w wysokości od 0,1 proc. do 0,2 proc., ale nie mniej niż 5 zł. Kupując w taki sposób obligacje za 500 zł nabywca musiałby więc liczyć się z opłatą rzędu 5 zł, czyli aż 1 proc. wartości kupowanego instrumentu. Aby ograniczyć do minimum wagę kosztów transakcyjnych, najbardziej efektywnie jest kupować od co najmniej 3-5 tys. zł na transakcję.
Ile potrzeba na start?
Inwestor zainteresowany taką drogą budowania portfela, poza niezbędną wiedzą do samodzielnej analizy emitentów oraz wyboru odpowiedniej serii ich obligacji, potrzebowałby więc co najmniej 60-100 tys. zł, żeby samodzielnie stworzyć portfel składający się z co najmniej 20 emitentów. Z tego powodu przy kwotach nieprzekraczających 100 tys. zł zdecydowanie najbardziej uzasadnione wydaje się korzystanie z jednostek funduszy inwestycyjnych otwartych lub certyfikatów publicznych funduszy inwestycyjnych zamkniętych, inwestujących na rynku obligacji korporacyjnych. W takich rozwiązaniach inwestor już od najmniejszych kwot zyskuje dywersyfikację, której samodzielnie nie będzie w stanie uzyskać, a także opiekę profesjonalnego zarządzającego. Co prawda, pojawi się opłata za zarządzanie, ale w takiej sytuacji ok. 1 proc. opłaty, w zamian za znacznie większe bezpieczeństwo wynikające z dużej dywersyfikacji oraz usługę profesjonalnego zarządzania, nie wydaje się wysoką ceną.
Mniejsza płynność większe możliwości
Przekraczając 200 tys. zł, inwestor będzie mógł uwzględnić również niepubliczne fundusze inwestycyjne zamknięte, których certyfikaty muszą zgodnie z ustawą mieć wartość co najmniej równowartości 40 tys. euro. FIZ-y tego typu będą miały mniejszą płynność niż wspomniane wcześniej FIO czy FIZ-y publiczne, ponieważ zazwyczaj nabycia i umorzenia są możliwe raz w miesiącu, ale w zamian za to powinny oferować trochę bardziej efektywne zarządzanie. Osoby zarządzające nimi z większym wyprzedzeniem wiedzą bowiem, jak dużo środków będą potrzebowały w najbliższym dniu wykupu, więc mogą utrzymywać trochę niższe saldo gotówki w ciągu miesiąca oraz kupować nieco mniej płynne, a jednocześnie bardziej rentowne emisje do swojego portfela.