Projekt tych regulacji wrócił na agendę unijną w marcu po dziesięciu latach przebywania w unijnej zamrażarce legislacyjnej. Okazało się, że w ostatnim czasie Niemcy dorobiły się krajowych regulacji o równowadze płci we władzach dużych firm i to dało zielone światło działaniom unijnym.

Pierwotnie celem tej regulacji było wezwanie do tego, by w krajach członkowskich co najmniej 40 proc. miejsc we władzach spółek notowanych na giełdzie zajmowały osoby płci niedostatecznie reprezentowanej. Zgodnie z założeniami nowe przepisy miały obowiązywać od początku 2027 r. Nowe regulacje wejdą w życie jednak szybciej, bo już w połowie 2026 r. Zgodnie z przyjętymi założeniami nakazuje się, aby w spółkach publicznych mniejszość miała co najmniej 40 proc. udziału w organach nadzorczych. Alternatywnie dopuszcza się limit co najmniej 33 proc. we władzach, a więc w przypadku polskich firm dotyczy to łącznie zarządu i rady nadzorczej. Ponadto, dyrektywa wskazuje wprowadzenie systemu kar w przypadku braku wypełniania tych parametrów. Formę kar zostawia się krajom członkowskim, ale w katalogu przewiduje się takie rozwiązana, jak kary pieniężne, np. grzywna, brak możliwości uczestnictwa w przetargach zamówień publicznych czy brak zgody na wnioski w sprawie nominacji władz podmiotów podlegających nadzorowi, jak np. banki czy inne instytucje finansowe.

Gdzie obecnie Europa znajduje się na drodze w wypełnieniu nowych norm? Ciekawych informacji w tym zakresie dostarcza opublikowany na początku tego roku raport 680 największych spółek publicznych notowanych na 20 największych giełdach europejskich. Okazuje się, że na dziś nowe normy wypełniają jedynie Francja i Norwegia. W tych krajach wskaźnik różnorodności wynosi ponad 40 proc. Wiele krajów znajduje się na poziomie 36–35 proc. i są to: Niemcy, Holandia, Szwecja i Belgia. Na drugim końcu znajdują się: Grecja, Estonia i Cypr, gdzie wskaźnik różnorodność władz wynosi niespełna 10 proc. Spółki z Polski ze wskaźnikiem 19 proc. znajdują się w II połowie zestawienia.

Wydaje się, że zmiany mogą być stymulowane dwutorowo: poprzez działania o charakterze legislacyjnym oraz potrzeby zgłaszane przez samych inwestorów. W kontekście regulacji na naszym rynku pierwszy krok już został wykonany. Wprowadzone w ubiegłym roku zmiany regulacji w dobrych praktykach spółek notowanych na giełdzie zalecają przyjęcie polityk różnorodności zarówno dla zarządów, jak i rad nadzorczych. Co prawda krajowa poprzeczka jest zawieszona o 10 pkt proc. poniżej wymogów dyrektywy unijnej, ale jest to ważny punkt wyjścia do przyszłych zmian. Na razie wymóg ten spełnia 10 proc. ze 140 największych spółek i 33 proc. spółek z indeksu WIG20.

Ciekawym wsparciem oczekiwanych zmian może być dokument dobrych praktyk w zakresie różnorodności opracowany przez ONZ i inicjatywę Sustainable Stock Exchanges. Zupełnie inny wpływ na przyszłe zmiany mogą mieć działania samych inwestorów. Coraz więcej podmiotów zaczyna zwracać uwagę na kwestie różnorodności w ramach raportowania niefinansowego przez spółki. Analitycy weryfikują dane w tym zakresie, pytają spółki o stosowane polityki albo dowiadują się o plany związane z kwestami różnorodności i harmonogramem ich realizacji. Niektóre fundusze działające na rynku niepublicznym już teraz mają wpisane w swoje DNA weryfikację wskaźników różnorodności bądź uwzględniają takie zagadnienia w ramach swojej strategii inwestycyjnej i modelach biznesu.

Niewątpliwe stoimy u progu nowej rewolucji. W obliczu przyszłych zmian najważniejsze jest, aby organizacje odebrały nową dyrektywę jak szansę dla własnego rozwoju. W wielu badaniach wskazuje się bowiem na korzyści wynikające z różnorodności organów zarządczych, szczególnie w kontekście wyzwań związanych z rozwojem technologii, automatyzacją różnych procesów i kontrolą ryzyka. Jednocześnie nie może być tak, że słabiej reprezentowana płeć w ramach danej organizacji będzie postrzegała nową dyrektywę jako okazję wyłącznie do wypełnienia wymogów regulacyjnych.