Z tego wywiadu dowiesz się:
- Jak pojęcie „local content” rozumie szef i założyciel spółki budującej infrastrukturę kolejową.
- W jaki sposób państwa członkowskie Unii Europejskiej, takie jak Niemcy, wspierają lokalne rynki zgodnie z prawem wspólnotowym?
- Jakie są obecne wyzwania rynkowe w sektorze budownictwa, zwłaszcza w kontekście konkurencji cenowej i procedur przetargowych?
- Czy kryteria pozacenowe mają realny wpływ na rozstrzygnięcia przetargów, czy dominującym czynnikiem pozostaje cena?
- Dlaczego liczba odwołań do Krajowej Izby Odwoławczej jest wysoka i jakie konsekwencje to niesie dla rynku zamówień publicznych?
- Jakie są strategiczne kierunki rozwoju ZUE, obejmujące ekspansję zagraniczną i dywersyfikację działalności?
„Local content” od miesięcy robi karierę niczym yeti – każdy słyszał, nikt nie widział, trudno powiedzieć, czym ma być w praktyce. Minister aktywów państwowych zapowiedział, że poda definicję do końca marca. ZUE to spółka, która mówi i myśli po polsku, głównym akcjonariuszem jest Polak. Jak pan rozumie „local content”?
Hasło „local content” rzeczywiście zadziałało jak włożenie kija w mrowisko. Wywołało silne emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne. Dla wielu małych i średnich firm to nadzieja na bardziej sprawiedliwe warunki konkurencji i lepszą przyszłość. Dla dużych podmiotów z dominującym kapitałem zagranicznym – raczej źródło niepokoju i pytanie: czym właściwie ten „local content” ma być?
Usłyszałem kiedyś definicję: to strategia wspierania polskich przedsiębiorstw w sposób zgodny z prawem unijnym, polegająca na takim przygotowywaniu postępowań przetargowych, aby krajowe firmy mogły konkurować na równych zasadach z podmiotami zagranicznymi i skutecznie zdobywać kontrakty. Taką interpretację usłyszałem w środowisku rządowym.
Co ja o tym sądzę? Myślę, że w pierwszej kolejności trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, co rozumiemy pod pojęciem polski podmiot. W świetle prawa każdy przedsiębiorca zarejestrowany w Polsce, płacący tu podatki i prowadzący działalność gospodarczą, jest firmą polską. I zapewne większość dużych firm budowlanych właśnie tak by odpowiedziała: inwestujemy w Polsce, mamy tu centra zarządzania, współpracujemy z uczelniami, kształcimy i zatrudniamy młodych inżynierów – działamy w dobrze pojętym interesie rynku lokalnego. Formalnie to wszystko się zgadza. Pytanie jednak, czy taka definicja w pełni oddaje istotę sprawy.
Jeśli pyta mnie pan o moją opinię, to uważam, że firma z przeważającym kapitałem zagranicznym, której rzeczywisty beneficjent – właściciel podejmujący strategiczne decyzje i czerpiący zasadnicze korzyści – znajduje się poza Polską, nie jest w istocie firmą polską. Nawet jeśli jest zarejestrowana w Polsce, prowadzi tu działalność, zatrudnia pracowników i płaci podatki, w mojej ocenie pozostaje firmą zagraniczną działającą na polskim rynku. Posłużę się własnym przykładem. Nie odważyłbym się nazwać naszej spółki w Rumunii firmą rumuńską, mimo że zatrudniamy tam w większości rumuńskich pracowników i działamy zgodnie z tamtejszym prawem. Podobnie nie określiłbym naszej spółki w Niemczech jako niemieckiej. Rzeczywistym właścicielem, który podejmuje kluczowe decyzje strategiczne dotyczące tych podmiotów, jestem ja – obywatel Polski. Dlatego traktuję je jako polskie spółki działające na rynkach rumuńskim i niemieckim, funkcjonujące w oparciu o prawo i regulacje tych państw. Właśnie w tym kontekście postrzegam również dyskusję o „local content” i definicji polskości przedsiębiorstwa.