Sukcesem zakończyła się pierwsza na rynku bibliofilskim aukcja internetowa. Stołeczny antykwariat Lamus (www.lamus.pl) zorganizował ją 28–29 września. Wystawiono 650 zabytkowych książek i grafik. Sprzedano ok. 70 proc. oferty.  To dużo. Skuteczność sprzedaży na stacjonarnych aukcjach bibliofilskich wynosi ok. 60 proc. Lamus, lider na rynku starej książki, na aukcjach stacjonarnych sprzedaje ok. 75 proc. oferty o muzealnej wartości. Ta aukcja to przełom. Dotychczas osiem krajowych firm organizowało ok. 15 stacjonarnych aukcji rocznie. Przygotowanie takiej aukcji, na której wystawia się około tysiąca pozycji, zajmuje ok. 4–6 miesięcy. Przez to właściciele oferowanych książek długo czekać musieli na pieniądze.  Internetową aukcję można przygotować szybciej i taniej. Niższe koszty organizacji powodują, że ceny mogą być bardziej przystępne. Organizatorom chodziło o przyciągnięcie nowych, młodych klientów, których onieśmiela celebra panująca na aukcjach stacjonarnych. I tacy się pojawili!  W bezpośredniej licytacji wzięło udział około 150 bibliofilów plus dalszych około 100 klientów dało upoważnienia do licytacji przez tzw. pocztę. Najważniejszym celem aukcji było zagospodarowanie rosnącej podaży białych kruków.

– Obecna na rynku od lat  grupa bibliofilskich koneserów nasyciła się już pewnymi tytułami. Chodziło o to, żeby dotrzeć do nowej grupy zainteresowanych – informuje Andrzej Osełko z Lamusa.

Książki jak złote monety

Na krajowych aukcjach co jakiś czas pojawia się np. „Biblia" Jakuba Wujka z 1599 r., którą wspomniani powyżej koneserzy już mają. Tu została sprzedana za 22 tys. zł (wyw. 12 tys. zł). Tak samo pojawiają się co parę lat na  rynku egzemplarze „Biblii" Ziarnki z 1621 r. – teraz sprzedano ją za cenę wywoławczą 24 tys. zł. Pojawia się na aukcjach stacjonarnych „Herbarz" Kaspra Niesieckiego (1839–1846). Teraz  dziesięć tomów w efektownej współczesnej oprawie introligatorskiej kupione zostało za 11 tys. zł (wyw. 9 tys. zł).

Bibliofile pozbywają się książek, aby zdobyć środki na nowe kolekcjonerskie zakupy lub żeby dołożyć do emerytury. Kilkanaście lat temu prof. Aleksander Krawczuk, lubiany popularyzator dziejów starożytnych, udzielił mi wywiadu pt. „Kolekcja pomaga domowi". Krawczuk jest bibliofilem. Przez całe życie kupował zabytkowe książki. Dzięki kompetencji kupował je tanio. Zakup jednej książki nie musi powodować uszczerbku w domowym budżecie. Natomiast sprzedaż zespołu książek wyselekcjonowanych z kolekcji to poważny zastrzyk finansowy.

Prof. Krawczuk opowiedział w rozmowie, że wyremontował dom tylko dzięki sprzedaży wybranych białych kruków. Szczególnie ostatnio, w okresie kryzysu, takie wyprzedaże stały się dla bibliofilów gwarancją utrzymania dotychczasowego standardu życia.

Dlaczego wcześniej nie zorganizowano aukcji internetowej? Białe kruki to specyficzny towar. Jeśli księga ma kilkaset lat, to bibliofil przed licytacją przychodzi do antykwariatu i dosłownie w białych rękawiczkach ogląda każdą kartkę! Kalkuluje, czy cena odpowiada stanowi oferowanego egzemplarza.  Zorganizowanie aukcji internetowej wymagało nowej logistyki, założono nowy portal internetowy (www.secretera.pl). Oczywiście uczestnicy licytacji mieli możliwość obejrzenia towaru przed zakupem. Do pierwszej aukcji, aby oswoić klientów z nową formą handlu, wydano tradycyjny katalog. Kolejne aukcje będą miały prawdopodobnie broszury informacyjne.

Najbardziej poszukiwane na krajowym  rynku bibliofilskim są polonika i dlatego najbardziej drożeją. Kolekcjoner białych kruków Marek Potocki określił,  co jest gwarancją wzrostu cen („Rzeczpospolita – Moja Kolekcja", 3 lutego 2002 r): „Na cenę wpływa niska podaż poloników. Jeśli jakaś książka została wydana we Francji w połowie XIX wieku w nakładzie np. 1000 egzemplarzy, do dziś ocalał prawie cały nakład. Natomiast wydana w tym samym czasie i nakładzie polska książka, z uwagi na losy naszego kraju, ocalała zwykle w kilkudziesięciu egzemplarzach. Ceny poloników będą tylko rosły, ponieważ zwiększa się zamożność społeczeństwa".

Faktem jest, że  kolekcjonerzy i inwestorzy coraz częściej dostrzegają rzadkość polskich białych kruków. Bibliofilstwo to jedyna, oprócz rynku numizmatów, branża rynku antykwarycznego, której obroty nie spadły w kryzysie! Andrzej Osełko przewiduje, że będą się odbywały dwie, trzy aukcje internetowe rocznie. Nie więcej, bo napływająca z rynku oferta podlegać będzie ostrej selekcji.

Przeszukaj domowe schowki

Na aukcjach stacjonarnych w Lamusie oferowane są białe kruki w najczystszej postaci. Są to księgi istniejące ponad wszelką wątpliwość w jednym egzemplarzu.

Na przykład na aukcji w Lamusie 26 listopada 2006 r. Biblioteka Narodowa za cenę wywoławczą 50 tys. zł  kupiła księgę z superekslibrisem króla Zygmunta Augusta. Nawet w monografiach królewskiej biblioteki  nie odnotowano tego egzemplarza.  Czy możliwe jest, żeby kiedykolwiek wypłynęła na rynek kolejna nieznana naukowcom   książka, którą  trzymał w rękach ostatni z Jagiellonów?

Zastanówmy się: czy 50 tys. zł za  unikatowe dzieło z biblioteki  Zygmunta Augusta to faktycznie dużo? Klienci rynku sztuki więcej płacą za tandetne obrazy taśmowo malowane przez np. Wojciecha Kossaka, Jacka Malczewskiego lub  Vlastimila Hofmana. Modne dziś „Koła"  Wojciecha Fangora kosztują po ok. 200–300 tys. zł, a przecież  artysta  namalował ich w sumie kilkadziesiąt, pojawiają się w handlu, właściwie są w ciągłej sprzedaży. Natomiast książka, którą trzymał w dłoniach ostatni z Jagiellonów, trafiła się w handlu tylko  jedna na 100 lat. Czy jakiś obraz sprzedany  na krajowym rynku sztuki może  poszczycić się tak znakomitą  proweniencją?

Spójrzmy na ten przykład z jeszcze innej strony.  Tyle samo co ten unikat kosztuje seryjny samochód średniej klasy, który po paru latach zamieni się w złom. Takie białe kruki mogą tylko drożeć. Księga ta nieodwracalnie zniknęła z rynku w magazynie Biblioteki Narodowej. Inne równorzędne unikaty kupowane do zbiorów prywatnych kiedyś wrócą na rynek, a dziś są nadal niedoszacowane. Dziś ich cena ograniczona jest zamożnością elitarnej grupy bibliofilów. Świadomość rzadkości tych zabytków będzie rosła, a wraz z tym rosnąć będą ceny.

W listopadzie 2009 r. Lamus wystawił „Komedie" Plauta, wydane w Lejdzie w 1719 roku. Na okładkach siedmiu tomów widnieją odciśnięte złotem w skórze superekslibrisy króla Ludwika XV oraz księcia Aleksandra Lubomirskiego. Tomy sprzedano za 11 tys. zł (wyw. 4 tys. zł). Książki te to piękny przedmiot o wielkiej dekoracyjnej wartości. Ale mają też pewną snobistyczną wartość. Nabywca odczuwa na pewno  wielką radość z powodu, że ma na półce ozdobne tomy, które  stały najpierw w gabinecie króla Francji, potem zaś trafiły do biblioteki arystokraty Lubomirskiego.  Książki z taką proweniencją to obiektywnie rzadkość.

Przeszukajmy domowe schowki. Może po przodkach odziedziczyliśmy książkę lub rękopis, które leżą w zapomnieniu, a kosztują majątek. Lamus w grudniu 2002 r. sprzedał za 56  tys. zł rękopiśmienną partyturę „Mszy" z 1826 roku  kompozytora Karola Kurpińskiego (wyw. 25 tys. zł). Właściciel rękopisu nie wiedział, że ma w domu drogi dokument, poszukiwany przez filharmonie i kolekcjonerów.  Przez 160 lat „Msza" uchodziła za utwór zaginiony.

Pasja na każdą kieszeń

Kolekcjonerską wartość mają nie tylko drogie książki. W antykwariacie upolowałem za 10 zł pierwszą, legendarną  edycję z 1957 r. „U brzegów jazzu" Leopolda Tyrmanda, ze wstępem Stefana Kisielewskiego i obwolutą zaprojektowaną przez wielkiego artystę Jerzego Skarżyńskiego. Podobne edycje z lat 50. XX wieku mają już 60 lat!

Gdyby ktoś poprosił mnie, żebym dziś oprowadził go po polskich antykwariatach z białymi krukami, zacząłbym od antykwariatu Krystyny Kamińskiej-Samek przy ul. św. Tomasza 3 w Krakowie, który działa pod firmą Stefan Kamiński. Wystrój pozostał jeszcze po księgarni Teodora Gieszczykiewicza, założonej tu w 1893 r. To jest magiczne miejsce. Takie samo jak „odwiecznie" istniejące legendarne antykwariaty Londynu, Wiednia lub Paryża. To zarazem ostatnia w Polsce prywatna wypożyczalnia książek. Tam można spotkać nestora bibliofilów Aleksandra Krawczuka.