Okiem eksperta

Koniec krachu, początek recesji

Jeszcze w połowie lutego Wall Street ignorowała trwającą w Azji epidemię nowego wirusa, a ceny akcji były najwyższe w historii.

Łukasz Bugaj, CFA doradca inwestycyjny AXA

Foto: materiały prasowe

Dominowało przeświadczenie o lokalnym charakterze problemów, podobnie do epidemii wirusa SARS 2002–2003. Zmieniło się to z końcem lutego, gdy liczba osób zarażonych zaczęła szybko przyrastać w Iranie oraz we Włoszech. Rynek na całym świecie zaczął wyceniać negatywny szok gospodarczy związany z potrzebą ograniczenia kontaktów międzyludzkich. Inwestorzy widzieli, co się wcześniej stało w Chinach, więc dość dobrze mogli oszacować skalę zakłóceń w gospodarce. W efekcie amerykański rynek doświadczył najszybszej bessy w historii. Indeksy giełdowe spadły o ponad 20 proc. w mniej niż jeden miesiąc.

Pierwsze dane odnośnie do skali gospodarczych zniszczeń zaczęły spływać dopiero w ostatnich dniach. W tym względzie ważną publikacją są wstępne odczyty wskaźników PMI, które opisują koniunkturę nie tylko w strefie euro, ale także USA. Ich wydźwięk jest dość jednoznaczny. W marcu aktywność gospodarcza załamała się silniej niż podczas poprzedniego kryzysu finansowego w 2008 r. W dniu publikacji tych fatalnych danych niemiecki indeks DAX wzrósł o 11 proc., co było trzecią największą zwyżką w historii. Z kolei amerykański indeks DJIA zanotował najsilniejszych wzrost od 1933 r., czyli ery New Dealu po krachu związanym z Wielką Depresją.

Silne odbicie kluczowych indeksów giełdowych można tłumaczyć szybką i zdecydowaną reakcją władz oraz banków centralnych, ale może przede wszystkim skalą wcześniejszej przeceny, dzięki której krótkotrwała recesja została uwzględniona w cenach. Słowem kluczem jest słowo „krótkotrwała". Otóż wygląda na to, że inwestorzy liczą na scenariusz tzw. V-shape recovery. W skrócie oznacza on szybkie załamanie i równie szybki późniejszy powrót do wcześniejszej koniunktury, gdy zacznie ustępować epidemia. Jest to scenariusz znany z Chin, gdzie aktywność aktualnie wraca na normalne tory.

Wiele wskazuje na to, że obserwowana w ostatnim czasie paniczna wyprzedaż akcji dobiegła końca, gdyż inwestorzy uwzględnili już w ich cenach silną recesję. Etap krachu dobiegł końca i w optymistycznym scenariuszu mogliśmy nawet osiągnąć minima bessy. To jednak wariant niekoniecznie najbardziej prawdopodobny, gdyż ceny nie uwzględniają możliwego nawrotu epidemii (tak jak to było w 1918 r. z grypą hiszpanką) bądź silniejszych efektów wtórnych obserwowanego załamania (trwalszy wzrost bezrobocia oraz obniżenie nastrojów konsumentów i przedsiębiorców). Odważniejsi inwestorzy mogą jednak na takim rynku znaleźć długoterminowe okazje, których jeszcze miesiąc temu było jak na lekarstwo. ¶

Powiązane artykuły