REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

Pozorna troska rządu o mały biznes

Gościem Grzegorza Siemionczyka w Parkiet TV był w środę Marek Tatała, wiceprezes fundacji FOR, ekonomista.
Foto: parkiet.com

PKN Orlen ma zgodę rządu na przejęcie kontroli nad Lotosem. Połączenie dwóch państwowych spółek paliwowych to dobry pomysł?

Wpisuje się w myślenie partii rządzącej o narodowych czempionach, które jej zdaniem powinny być państwowe. Ja na połączenie Orlenu i Lotosu patrzę głównie jako na zagrożenie dla konkurencji. Dyskusyjny jest argument, że konsolidacja przyniesie efekty synergii. To, czy one się pojawią, będzie zależało m.in. od sprawności zarządczej. Niestety, dotychczasowe zmiany personalne w spółkach Skarbu Państwa nie były raczej podyktowane względami kwalifikacji menedżerów, co rodzi obawy, że fuzja żadnych korzyści nie przyniesie.

Obie spółki są państwowe. Konkurencja między nimi jest iluzoryczna.

Na pewno konkurencja między spółkami Skarbu Państwa, nie tylko w sektorze paliwowym, ale też np. w energetyce, jest inna niż między firmami działających na warunkach całkowicie rynkowych. Ale ona istnieje. Swoją drogą, ta fuzja może być okazją do dyskusji o prywatyzacji niektórych podmiotów. Często pojawia się argument, że strategiczne sektory muszą być pod kontrolą państwa. Ale własność i kontrola to dwie różne kwestie. Państwowa własność spółek pozwala na wymiany kadrowe, na ich upolitycznienie. Ochronę danej branży można osiągnąć na drodze regulacji.

Inwestorom pomysł fuzji najwyraźniej się spodobał. We wtorek akcje obu koncernów mocno podrożały.

Krótkoterminowe reakcje rynku niekoniecznie odzwierciedlają przekonanie inwestorów, że połączenie będzie na dłuższą metę korzystne, że jest w interesie gospodarki. Warto pamiętać o tym, że mniejszościowi udziałowcy spółek Skarbu Państwa często nerwowo reagują na pomysły polityków, nawet jeśli to są tylko hasła, które nie są realizowane.

Zmieńmy temat. W czwartek, 1 marca, w życie wchodzi zakaz handlu w niedzielę, który FOR mocno krytykuje. Dlaczego?

Ten zakaz warto rozpatrywać w trzech wymiarach. Pierwszy wymiar to jego wpływ na rynek pracy. Podobne ograniczenia w innych krajach miały negatywne dla rynku pracy skutki, prowadziły do zwolnień pracowników. U nas konsekwencje może osłabiać to, że zakaz będzie wprowadzany stopniowo i w okresie dobrej koniunktury w gospodarce. Ale ona nie będzie trwała wiecznie. Trzeba też pamiętać o różnicach geograficznych. W Warszawie ustawa nie będzie miała tak dużego wpływu na rynek pracy, jak tam, gdzie handel jest filarem gospodarki.

Ma pan na myśli obszary przygraniczne? W Białymstoku galerie handlowe i hipermarkety w weekendy są oblegane przez Białorusinów.

W takich miejscach zakaz handlu będzie najbardziej odczuwalny. W przypadku Niemców, którzy robią zakupy na zachodzie Polski, to jest często kwestia przejechania przez rzekę. Ale przyjazd z Białorusi ze względu na kontrole graniczne to już całodzienna wyprawa. Trzeba analizować skutki zakazu szczególnie w takich regionach, może z czasem pozwoli to go odwrócić. Drugi wymiar zakazu to jego wpływ na wyniki przedsiębiorców. On nie będzie jednakowy dla wszystkich sektorów. Zakupy żywności zapewne przesuną się na inne dni. Ale np. zakupy mebli, wyposażenia wnętrz itp. robi się zwykle w weekend, często z całą rodziną, bo to zajmuje dużo czasu. Sklepom z dwóch dni weekendu zostanie jeden, co może wpłynąć na ich obroty. Trzeci wymiar to kwestia wolności osobistej. Mamy do czynienia z sytuacją, gdy politycy decydują, jak mamy spędzać czas.

Sądzi pan, że gospodarka Polski rozwijałaby się szybciej, gdyby nie tego rodzaju ograniczenia wolności?

Myślę, że to jest jedna z istotnych barier ograniczających długofalowe tempo wzrostu gospodarki. Zakaz handlu w niedzielę sam w sobie nie sprawi, że nagle drastycznie spadnie poziom wolności gospodarczej i osobistej, ale to jest tylko jeden z wielu wyłomów, które zrobił w tym obszarze obecny rząd. Niedawno na przykład okazało się, że prywatni przedsiębiorcy są niemile widziani w ratownictwie medycznym, wcześniej ograniczono możliwości prowadzenia aptek.

W przypadku zakazu handlu w niedzielę łatwo o wrażenie, że rząd chce zrealizować cel, który przyświecał podatkowi od handlu, zakwestionowanemu przez KE. Jeden i drugi pomysł godzi głównie w zagraniczne sieci handlowe.

Wbrew pozorom, zakaz handlu wcale nie będzie korzystny dla polskich przedsiębiorców ani dla małych firm. Przeciwnie. Z zakazu zwolnione będą sklepy, w których pracował będzie tylko właściciel, nawet pomoc członków rodziny nie jest dozwolona. To wyłączenie dotyczy więc niewielu placówek, bo spośród tzw. osiedlowych sklepików wiele należy przecież do większych sieci. Inną kwestią jest, że paradoksalnie dużym podmiotom, które mają dostęp do prawników, może być łatwiej zakaz obchodzić. Małych firm nie stać na usługi kancelarii prawnych, a ewentualne kary będą dla nich bardziej uciążliwe.

Jak pogodzić to, że – jak pan przewiduje – ustawa negatywnie wpłynie na rynek pracy z tym, że forsowali ją związkowcy?

Tylko jeden związek zawodowy, Solidarność, lobbował za zakazem. OPZZ był krytyczny. Gdyby ustawodawcy naprawdę chodziło o interes pracowników, to mógł zadbać o niego inaczej, na przykład wpisując do kodeksu pracy obowiązek zapewnienia pracownikom kilku wolnych niedziel. Na pewno jest grupa ludzi, którzy nie chcą pracować w niedzielę, ale przecież nie ma nakazu, aby to robić. A jednocześnie są pracownicy, dla których tylko praca w weekend wchodzi w grę. Chodzi np. o studentów.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA