Gospodarka - Świat

Ameryka Łacińska, czyli epicentrum kryzysu

Obecne wstrząsy przypominają azjatyckie załamanie z 1997 roku. Są jednak również poważne różnice wobec tamtego scenariusza.

Mauricio Macri, prezydent Argentyny, próbuje uspokoić inwestorów. Na razie jest to jednak walka z wiatrakami.

Foto: GG Parkiet
Foto: PARKIET

Jeśli szukamy na świecie regionu szczególnie mocno doświadczającego rynkowych wstrząsów, to odpowiedź narzuca się sama: jest to Ameryka Łacińska. Na wyobraźnię inwestorów może mocno oddziaływać choćby spektakularny rozpad wenezuelskiej gospodarki, któremu towarzyszy hiperfinflacja i kryzys imigracyjny u jej sąsiadów. Skala załamania tamtejszej waluty wobec dolara stała się już trudna do obliczenia. Choć trzeba też pamiętać, że przypadek socjalistycznej Wenezueli jest bardzo specyficzny, a głęboki kryzys trwa tam już od kilku lat. Poważne kłopoty ma jednak również Argentyna, kraj rządzony przez ekipę uznawaną za przyjazną biznesowi. Administracja prezydenta Mauricio Macriego zrobiła niemal wszystko, co podpowiadała ekonomiczna ortodoksja: obiecała drastyczne obniżki wydatków budżetowych i zapewniła sobie 50 mld USD linii kredytowej z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Argentyński bank centralny podwyższył główną stopę procentową do 60 proc., a mimo to peso straciło od początku roku ponad 50 proc. wobec dolara.

Instytut Finansów Międzynarodowych (IIF) już kilka miesięcy temu wskazywał, że Argentyna jest pierwszą ofiarą kryzysu na rynkach wschodzących wywołanego zacieśnianiem polityki pieniężnej przez amerykański Fed. IIF następną ofiarę widział wówczas w Turcji, a na liście kolejnych wskazywał m.in. Kolumbię. Kolumbijskie peso straciło od początku roku wobec dolara zaledwie 3 proc., ale w Ameryce Łacińskiej jest więcej kandydatów na rynkowe słabe ogniwa. W tym gronie jest Brazylia, której waluta, real, straciła od początku roku ponad 20 proc. wobec dolara. Pod presją jest też peso chilijskie, które spadło w tym czasie o 11 proc.

Czy mamy więc już do czynienia z kryzysem latynoamerykańskim? I czy można mówić, że jest on powtórką innego wielkiego kryzysu na rynkach wschodzących – kryzysu azjatyckiego z 1997 r.?

Region, który nie był wzorem

Pewne analogie są aż zbyt oczywiste. Przed wybuchem kryzysu azjatyckiego z 1997 r. Fed, podobnie jak teraz, zacieśniał politykę pieniężną. Kryzys poprzedzały silne napływy kapitału na rynki, które później uznano za słabe ogniwa.

– Ostatnie problemy finansowe Argentyny i załamanie kursu peso względem dolara pokazują, że po dekadzie niezwykle luźnej polityki monetarnej w USA kraje rozwijające się nie są gotowe na jej normalizację. Wraz z podnoszeniem stóp procentowych przez Fed inwestorzy preferują amerykańską walutę względem bardziej ryzykownych walut krajów rynków wschodzących. Przez blisko dekadę do takich krajów, jak Argentyna, Brazylia czy Turcja pompowane były miliardy taniego pieniądza, ponieważ inwestorzy szukali alternatywy dla inwestowania w krajach rozwiniętych, gdzie stopy procentowe były bliskie zeru lub wręcz ujemne, a rentowność obligacji skarbowych skrajnie niska. Obecnie, wraz z wygaszaniem gołębiej polityki przez USA (i powoli również przez UE oraz Japonię), kapitał wraca do bezpiecznych przystani – mówi Wojciech Bartosik, analityk DM Michael/ Ström.

– Środowisko niskich stóp procentowych spowodowało powstanie zjawiska „polowania na rentowność". Instytucje finansowe były i nadal są złaknione „bezpiecznych" obligacji oferujących przyzwoitą stopę zwrotu. Z uśmiechu losu skorzystała Argentyna, która w 2017 roku wyemitowała 100-letnie obligacje o rentowności nieznacznie poniżej 8 proc. Obligacje były denominowane w dolarach. Argentyna zebrała z rynku 2,75 mld USD, a popyt wyniósł 9,75 mld USD. Instytucje, które nabyły te obligacje, z pewnością miały swoje powody, jednak na pewno jednym z nich nie był zdrowy rozsądek – wskazuje Piotr Żółkiewicz, zarządzający funduszem Zolkiewicz & Partners Inwestycji w Wartość FIZ.

Gdy stadne zachowania inwestorów wywołały silną wyprzedaż aktywów z państw będących „słabymi ogniwami", kraje te zarówno w 1997 r., jak i w 2018 r. łapały się równie desperackich rozwiązań. – Argentyński bank centralny podniósł ostatnio stopę procentową do poziomu 60 proc. Podobnie zachowała się Indonezja, w której w 1998 r. oficjalna stopa procentowa przekroczyła poziom 70 proc. Warto dodać, że jeszcze w 1997 r. Indonezja miała stopę na poziomie 10,5 proc. Wspólną cechą Argentyny i azjatyckich tygrysów z 1997 r. jest także duże ujemne saldo obrotów bieżących – dodaje Żółkiewicz.

– Przypadek kryzysu zarówno azjatyckiego, jak i argentyńskiego, pokazuje, że uzależnienie wzrostu od napływu zewnętrznego finansowania powoduje, że gospodarka jest niebezpiecznie wrażliwa na czynniki zewnętrzne. Takie zdarzenia, jak zmiana polityki monetarnej USA czy po prostu zmiana nastroju i oczekiwań inwestorów mogą spowodować nagły jego odpływ i przyczynić się do wybuchu kryzysu – uważa Wojciech Bartosik.

Foto: GG Parkiet

Analitycy podkreślają jednak, że między sytuacją w państwach Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej w 1997 r., a w państwach Ameryki Łacińskiej w 2018 r. są również bardzo poważne różnice. Przede wszystkim szybki rozwój państw azjatyckich przed kryzysem z 1997 r. miał o wiele zdrowsze podstawy. Latynoamerykański wzrost był zaś głównie oparty na surowcach. – Położenie azjatyckich tygrysów było zupełnie inne, gdyż państwa te były stawiane za wzór modernizacji, postępu, awansu cywilizacyjnego. Czar prysł, gdy zaczęły wychodzić na jaw słabości o mikroekonomicznym charakterze oraz nadużycia, m.in. w gigantycznych organizmach gospodarczych, którymi stały się południowokoreańskie czebole. W Ameryce Łacińskiej bolączką tradycyjnie były natomiast nierównowagi makro, m.in.: bardzo wysoka inflacja, zła sytuacja w bilansie płatniczym, uzależnienie do zagranicznego kapitału oraz, delikatnie mówiąc, niebudząca zaufania i nierozważna polityka fiskalna i monetarna – przypomina Bartosz Sawicki, kierownik departamentu analiz w DM TMS Brokers.

– Siła nabywcza Azji i rozwój technologii w niektórych krajach pozwoliły liderom wzrostu na wyjście z kryzysu. To pokazuje, że fundamenty tamtej hossy gospodarczej były zdrowe. Natomiast gospodarki krajów Ameryki Łacińskiej nie zmieniły struktury swoich PKB. Nie zaobserwowaliśmy istotnego wzrostu industrializacji, nie mówiąc już o nowych technologiach. Wielką przeszkodą w rozwoju tamtejszych krajów są utrzymująca się korupcja czy przemoc. Rozwarstwienie społeczeństwa można porównać do tego w Rosji. Brazylia na fali globalnej prosperity dopiero co wyszła z recesji lat 2014–2016, ale obecny, rachityczny wzrost, przy olbrzymiej dynamice wzrostu zadłużenia, jest wyjątkowo niebezpieczny, szczególnie w połączeniu z dwucyfrowym bezrobociem. Stopy procentowe w Argentynie w wysokości 60 proc. mówią same za siebie. Wystarczy pogłębienie się trudnej sytuacji, poważniejszy odwrót od tamtejszych aktywów (jak stało się w Turcji) i „krach murowany" – mówi Łukasz Wardyn, dyrektor na Europę Wschodnią w CMC Markets.

Skutki mogą być ograniczone

Eksperci są dalecy od optymizmu wobec rynków Ameryki Łacińskiej. Zwłaszcza że obecny kryzys nałożył się tam na inne negatywne trendy. – Dwie największe gospodarki Ameryki Południowej są wyraźnie schłodzone. Argentyna w wyniku perturbacji po ogłoszeniu niewypłacalności w 2014 r. Natomiast Brazylia po mocnej recesji z lat 2014–2016. Z kolei Chile nie rośnie dynamicznie z powodów spadku cen metali, w tym miedzi (prawie jedna trzecia światowego wydobycia miedzi ma miejsce w Chile). Perspektywy takich krajów jak Argentyna, Brazylia czy Wenezuela z pewnością nie są różowe. Trudno zakładać, że te kraje, dla których kryzys jest w zasadzie czymś powszednim, nagle zaczną prowadzić rozsądną politykę budżetową, stworzone zostaną niezależne instytucje, zniknie korupcja i nastąpi ograniczanie roli państwa w gospodarce – przypomina Żółkiewicz.

– Brazylia targana polityczną niepewnością przed jesiennymi wyborami dopiero wychodzi z recesji, ale wzrost jest chimeryczny i zagrożony. Wysokie ceny paliw skutkują napięciami społecznymi, które władze bojące się hamowania koniunktury próbowały gasić subsydiami. Silniejsze wsparcie dla sektora jest jednak wykluczone ze względu na niepokojąco wysoki deficyt budżetowy – wskazuje Sawicki.

Część analityków zastrzega jednak, że skutki tego kryzysu mogą być dla innych rynków ograniczone. – Uważam, że gdyby doszło do zaostrzenia sytuacji w Ameryce Łacińskiej, ewentualny wpływ na główne zachodnie giełdy byłby nieporównywalnie mniejszy niż podczas kryzysu azjatyckiego. Po prostu zaangażowanie globalnych koncernów i instytucji finansowych jest relatywnie mniejsze, a trudna sytuacja trwa tam od wielu lat. W efekcie ryzyko krachu jest lepiej wyceniane. Pewnie gorzej mogą być potraktowane aktywa, które nie są denominowane w głównych światowych walutach, w tym na przykład polskie akcje i obligacje. Warto jednak przypomnieć, że w przypadku krachu tureckiej liry złoty pozostał relatywnie bardzo mocny – mówi Wardyn.

– Od Rosji, przez Indie, RPA, Turcję, Brazylię i RPA wszędzie widać niepokojące oznaki, ale o pełnoprawnym kryzysie możemy mówić na razie jedynie w przypadku Turcji i Argentyny. Przy odpływie kapitału ze świata rynków wschodzących na pewno jest to zagrożenie poważne, ale bardzo daleko mu jeszcze do kryzysu sprzed niemal 20 lat – dodaje Sawicki.

Pamiętajmy jednak, że poszukiwanie „słabych ogniw" na rynkach jeszcze się nie skończyło.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły