Felietony

Niebezpieczne związki

Konieczne jest zatem nie tylko powołanie na szefa KNF osoby dającej inwestorom międzynarodowym komfort wdrożenia surowych standardów etycznych, ale także dokonanie przeglądu decyzji nadzorczych z ostatnich kilkunastu miesięcy.

Mirosław Kachniewski, prezes zarządu, SEG

Foto: materiały prasowe

Dzisiejszy felieton miał być na inny temat, ale bieżące wydarzenia kazały mi napisać o szczególnego rodzaju problemach nadzorcy w Polsce. Tekst ten powstaje we wtorek, ale mam nadzieję, że do czwartku nie straci nic na swojej aktualności, gdyż porusza kilka fundamentalnych zagadnień dotyczących rzeczywistej i postrzeganej niezależności nadzoru.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, iż analizuję temat przy założeniu, że nagranie i stenogram są prawdziwe. Nie będę się odnosił do wątku wskazywanego jako najważniejszy, tj. do sugerowanej propozycji korupcyjnej. Dość dwuznaczna rozpiętość czasowa pomiędzy rozmową a ujawnieniem nagrania oraz niska jakość sporządzonego stenogramu nie pozwalają na wyciąganie poważnych wniosków. Jestem przekonany, że te wyciągnie prokuratura lub komisja śledcza i dołożą wszelkich starań, aby sprawa została szybko i wszechstronnie prześwietlona. O czym w takim razie będzie ten tekst? Jest przynajmniej pięć ważnych wątków: samo spotkanie, używane argumenty, ujawnianie ważnych informacji, nagranie oraz konsekwencje dla postrzegania nadzoru w Polsce.

Pierwsza sprawa to sam fakt spotkania w cztery oczy szefa nadzoru z miliarderem, który jest żywotnie i bardzo wymiernie zainteresowany efektami działań nadzorczych wobec podmiotów z jego grupy kapitałowej. Niezależnie od przebiegu tej rozmowy sam fakt jej odbycia bez świadków rzuca cień na postępowanie nadzorcy. Czy szef KNF spotykał się sam na sam z każdym biznesmenem, który był zainteresowany przebiegiem działań nadzorczych? Jeśli nie, to jakie były kryteria doboru rozmówców? Ile było takich spotkań i jakich podmiotów dotyczyły? Czy na tych spotkaniach sugerowane były rozwiązania wykraczające poza normalną praktykę nadzorczą? Pytań jest mnóstwo, a każde z nich wstrząsa moim pojęciem unikania konfliktu interesów.

Drugi wątek dotyczy używanych argumentów. Straszenie nacjonalizacją przez szefa KNF bardzo ciekawie wpisuje się w szerszy kontekst – tworzenia regulacji, których praktycznie nie da się stosować (czy to z uwagi na niedookreśloność pojęć, wzajemną sprzeczność przepisów lub ze względu na wymogi nieproporcjonalne do wielkości podmiotów), czy też ich egzekwowania w dość ekstremalny sposób, np. stosowanie aresztów wydobywczych. Słuchając zatrważających nagrań, można się zastanowić, czy zatem ten „ciąg technologiczny" ułożył się tak przypadkowo i mamy do czynienia z teorią spiskową, czy też miał na celu możliwość zastraszania biznesu? Dotychczas to ja byłem od straszenia nacjonalizacją – czy to w kontekście rozbioru OFE, czy też sankcji wynikających z projektu ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych, ale w obliczu ujawnionych rozmów okazuje się, że moja wyobraźnia nie jest tak oderwana od rzeczywistości, jak się wydawało moim rozmówcom.

Kolejne zagadnienie to ujawnianie wielu elementów, o których raczej nie powinno się mówić adresatowi działań nadzorczych. Jak można w takiej rozmowie przedstawiać słabość urzędu, którym się kieruje, konflikty wewnątrz instytucji, której się przewodzi, czy też dezawuować kompetencje intelektualne innych członków KNF? A do tego dochodzi komentowanie postępowań wobec innych banków i osób – bądź co bądź podmiotów konkurencyjnych do biznesów rozmówcy.

Problem czwarty to sam fakt nagrania. Oczywiście nie chodzi tu o hipokryzję, że można się posunąć do niecnych uczynków, o ile nikt tego nie udokumentuje. Sprawa jest o wiele poważniejsza – jeśli powstało jedno takie nagranie, to może jest ich więcej? A jeśli pojawia się taka wątpliwość, to za nią idą następne. Czy takie nagrania będą publikowane w przyszłości, czy może już zostały jakoś zneutralizowane, a jeśli tak, to w jaki sposób?

Wreszcie sprawa ostatnia, w dużej mierze odnosząca się także do wcześniejszych wątków – jak ten problem się przełoży na postrzeganie nadzoru, polskiego rynku finansowego czy całej gospodarki? W wielu sprawach nie szczędziłem krytyki pod adresem nadzorcy, ale jednego zawsze byłem pewien – uczciwości. Obowiązkiem nadzorcy jest takie zachowanie, aby nikt nigdy nie mógł nawet podejrzewać istnienia konfliktu interesów. Istotą działań nadzorczych jest podejmowanie rozstrzygnięć, które mogą być bardzo niepopularne. W każdym przypadku znajdzie się grupa niezadowolonych, więc nie można dawać żadnych pretekstów, nie może być żadnych dwuznaczności.

W obecnej sytuacji mogą się pojawić różne domysły dotyczące różnych decyzji KNF. Dlaczego jedni coś muszą, a inni nie? Dlaczego jedni płacą karę, a inni nie? Dlaczego jednym się odbiera licencję, a innym nie? Dlaczego jedne postępowania idą szybko, a inne zmierzają w kierunku przedawnienia? Dlaczego jedni są przedmiotem kontroli, a inni nie? Do dzisiaj można było uciąć wszystkie te spekulacje jednym stwierdzeniem – bo tak wynikało z obiektywnej oceny nadzorcy. Natomiast po zapoznaniu się z zapisem feralnej rozmowy nie jest to już takie oczywiste.

Powyższe wątki musimy analizować w jeszcze jednym kontekście – dołączenia GPW do grupy rynków rozwiniętych. Oznacza to, że konkurujemy o inwestorów z najlepszymi rynkami o najwyższych standardach. Tacy inwestorzy nie za bardzo mogą sobie pozwolić na inwestycje w przypadku takich wątpliwości co do jakości nadzoru. Konieczne jest zatem nie tylko powołanie na szefa KNF osoby dającej inwestorom międzynarodowym komfort wdrożenia surowych standardów etycznych, ale także dokonanie przeglądu decyzji nadzorczych z ostatnich kilkunastu miesięcy. Bez takiego samooczyszczenia nie będziemy jako rynek atrakcyjni dla najbogatszych, ale jednocześnie najbardziej wymagających inwestorów.


Wideo komentarz