Energetyka

PGE. Seria problemów dopadła energetycznego potentata

PGE przeżywa bodaj najpoważniejszy kryzys wizerunkowy w historii. Czy największy krajowy producent czarnej energii wyjdzie z niego obronną ręką?

Kopalnia Turów jest jedynym dostawcą paliwa dla pobliskiej elektrowni, w której PGE uruchomiła w tym miesiącu nowy blok za 4 mld zł. Cały kompleks ma działać do 2044 r., ale na horyzoncie pojawia się coraz więcej przeszkód.

Foto: Shutterstock

W ciągu zaledwie kilku dni Polska Grupa Energetyczna musiała zmierzyć się z awaryjnym wyłączeniem niemal całej Elektrowni Bełchatów, pożarem taśmociągu i międzynarodową awanturą o kopalnię Turów. Ta seria problemów postawiła spółkę w samym centrum dyskusji o transformacji krajowej energetyki i skuteczności polskiego rządu w kształtowaniu polityki energetycznej państwa. Pokazała też, że Polska nie jest samotną wyspą – w chwilach kryzysu potrzebuje wsparcia sąsiadów, a jednocześnie musi uwzględniać ich obawy w swoich planach rozwoju. Przymykanie oczu na zaostrzającą się unijną politykę klimatyczną i odkładanie latami decyzji o budowie nowych, niewęglowych mocy wytwórczych właśnie obija się czkawką. Czy PGE jest ofiarą politycznej wojny w UE, czy też wpadła w dołek, który sama wykopała?

Gaszenie pożaru

Kłopoty PGE koncentrują się wokół należących do spółki dwóch kompleksów węgla brunatnego – Bełchatów i Turów. Problemy rozpoczęły się od awarii w stacji rozdzielczej w Rogowcu, należącej do Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Do tej stacji przyłączonych jest aż 11 z 12 bloków Elektrowni Bełchatów. W chwili awarii działało akurat 10 z nich, bo jeden był w remoncie. W jednej chwili wszystkie zostały odłączone od sieci, a z krajowego systemu wypadło aż 3,64 GW mocy. To ogromny ubytek, który PSE musiały uzupełnić, prosząc o pomoc sąsiadów – konieczny był dodatkowy import energii z Czech, Słowacji i Niemiec. PSE szybko udało się naprawić usterkę, ale przywrócenie przez PGE do pracy 10 bloków okazało się nie lada wyzwaniem.

– Przyczyny zdarzenia są badane, dotychczasowe ustalenia wskazują na błąd ludzki. PSE powołały zespół, który ma wyjaśnić, dlaczego skutki zdarzenia były tak rozległe. Szczegółowych analiz wymaga przede wszystkim system zabezpieczeń zarówno po stronie infrastruktury PSE, jak i Elektrowni Bełchatów – poinformowały służby prasowe PSE.

Władze PGE podkreślały natomiast, że awaria nie leżała po stronie spółki, a pracownicy przez ponad dobę pracowali nad pełnym przywróceniem pracy elektrowni do pracy. – Jeszcze raz stanowczo podkreślamy, że wyłączenie bloków nastąpiło z powodu uszkodzenia rozdzielni PSE w Rogowcu. Żaden pracownik Elektrowni Bełchatów nie był odpowiedzialny za awarię PSE – przypominał Wojciech Dąbrowski, prezes PGE.

Foto: GG Parkiet

Pojawiło się jednak szereg wątpliwości – czy krajowy system energetyczny jest wystarczająco elastyczny i dlaczego największa elektrownia w kraju, która odpowiada za 20 proc. krajowej produkcji prądu, jest niemal w całości podłączona do jednej stacji? Tylko najnowszy blok w Bełchatowie podłączony jest w innym miejscu – do stacji Trębaczew.

Po tej awarii spółka nie cieszyła się długo z pracy wszystkich dostępnych bloków. Kilka dni później musiała zatrzymać właśnie ten najnowszy i największy blok w Bełchatowie. Przyczyną był pożar taśmociągu, którym transportowany był węgiel. Aby usunąć skutki zdarzenia, konieczny jest remont układu nawęglania, dlatego postój bloku zaplanowano do końca maja. Nad określeniem dokładnej przyczyny pożaru pracuje specjalna komisja, która określi też wysokość strat poniesionych przez grupę.

– Mamy w pełni ubezpieczony majątek, również od tego typu zdarzeń, dlatego niezależnie od wysokości poniesionych w wyniku pożaru strat, zostaną one zrekompensowane w ramach polisy ubezpieczeniowej – zapewnia PGE.

Wojna o Turów

Dużo poważniejsze konsekwencje dla PGE może mieć spór z Czechami o kopalnię Turów. O tym, że nasi południowi sąsiedzi nie zgadzają się na dalsze poszerzanie odkrywki i twierdzą, że przez polską kopalnię mają problem z dostępem do wody pitnej dla mieszkańców przygranicznych czeskich miejscowości, wiadomo od lat. Od kilku lat bowiem toczą się w tej sprawie rozmowy między PGE a czeską stroną. Okazały się jednak bezskuteczne, bo Czesi ostatecznie wnieśli skargę przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości UE, który nakazał zatrzymanie eksploatacji złoża Turów do czasu rozstrzygnięcia sprawy. Trudno dziś jednoznacznie wskazać, co stanęło u podstaw eskalacji międzynarodowego konfliktu – czy brak skuteczności negocjatorów spółki, czy brak zainteresowania tematem polskiego rządu. Jakkolwiek by było, dziś przekaz rządu i spółki jest taki sam – to nie my stoimy za problemami Czechów z wodą, tylko czeska kopalnia żwiru, a decyzja TSUE to nic innego jak zwykły szantaż.

– Decyzja TSUE to droga do dzikiej transformacji energetycznej. Kilkadziesiąt kilometrów od Turowa, a nawet kilkaset metrów od granicy z Polską funkcjonuje dziewięć kopalń odkrywkowych węgla brunatnego – pięć na terenie Czech, cztery w Niemczech, a UE pozwala na ich działalność, mimo ich zdecydowanie większego wpływu na środowisko – skwitował Dąbrowski. W ocenie spółki decyzja TSUE prowadzi do wymuszenia na Polsce importu węgla brunatnego z Czech lub Niemiec czy też importu energii elektrycznej, bo wstrzymanie wydobycia w kopalni wiązałoby się z wyłączeniem całej Elektrowni Turów – w tym nowego bloku, wybudowanego za 4 mld zł, który ruszył zaledwie dwa tygodnie temu.

W obliczu takiej retoryki trudno jednak zrozumieć, dlaczego polski rząd deklaruje dziś zapłatę stronie czeskiej 40–45 mln euro na pokrycie kosztów poniesionych na eliminację ryzyk związanych z działalnością kopalni Turów, skoro twierdzi, że to nie polska odkrywka jest przyczyną czeskich problemów. W obecnej sytuacji coraz bardziej kruche wydają się też założenia PGE, że będzie możliwa produkcja energii z węgla brunatnego w Bełchatowie do 2038 r., a w Elektrowni Turów do 2044 r.

– Mitem jest, że bez funkcjonowania Turowa zabraknie nam prądu w gniazdkach. Zaś dane ekonomiczne są bezlitosne: wzrost kosztu kapitału i ubezpieczenia wraz z rosnącymi cenami uprawnień do emisji CO2 doprowadzą do zamknięcia elektrowni i kopalni Turów najpóźniej w 2030 r. Czas pogodzić się z rzeczywistością i podać datę zamykania bloków w elektrowni oraz zaplanować programy osłonowe dla osób zwalnianych w wyniku powolnego, lecz nieuniknionego spadku zatrudnienia w kompleksie. To zadania dla PGE oraz ministra aktywów państwowych Jacka Sasina – przestrzega Kuba Gogolewski z Fundacji „Rozwój TAK – Odkrywki NIE".

Z punktu widzenia PGE najlepszy scenariusz wyjścia z kryzysu to jak najszybsze przeniesienie wszystkich węglowych aktywów do Narodowej Agencji Bezpieczeństwa Energetycznego, kontrolowanej w 100 proc. przez Skarb Państwa. Problem oczywiście nie zniknie, ale będzie spoczywał już wyłącznie na barkach państwa. Koncernowi zaś pozostanie zrealizować w rejonie Bełchatowa i Bogatyni (tam znajduje się kompleks Turów) obiecane zielone inwestycje i z tego lokalni mieszkańcy powinni spółkę skrupulatnie rozliczyć.

Krzysztof Kilian były prezes PGE

Za obecną sytuację kopalni Turów odpowiada nie PGE, lecz polski rząd, który nie powinien dopuścić do eskalacji sporu z Czechami. PGE jest podmiotem gospodarczym, a nie administracyjnym. Jako właściciel kopalni musi dbać o utrzymanie ciągłości działalności gospodarczej. Natomiast skarga Czechów jest skierowana przeciwko Polsce i to polski rząd musiałby nakazać spółce zaprzestania eksploatacji tego złoża, gdyby chciał wykonać postanowienie TSUE. Przede wszystkim jednak już wcześniej minister klimatu i środowiska powinien podjąć skuteczne rozmowy ze stroną czeską. Nawet jeśli żądania Czechów były zbyt wygórowane, to dziś rozwiązanie sporu będzie kosztowało Polskę znacznie więcej. Bo to Polska jest pod ścianą, a Czesi są tutaj stroną pokrzywdzoną. Tak więc obecna sytuacja jest wynikiem zaniechań, zaniedbań i braku kompetencji urzędników administracji państwowej. Również dziś rząd przyjmuje dziwną według mnie taktykę umywania rąk i wskazywania, że kopalnia Turów nie wpływa na odwodnienie czeskich terenów, że wina leży gdzie indziej. Trzeba spuścić z tonu i podjąć dialog z Czechami, bo to jedyna droga do zażegnania tego kryzysu. fot. r. gardziński

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.