REKLAMA
REKLAMA

Akademia inwestycyjna

Koronakryzys mocno uszczupli nasze portfele, padną niechlubne rekordy

Dochody gospodarstw domowych zapewne spadną. Będziemy mniej wydawać, mniej konsumować, obniży się poziom naszego życia. Będzie tak do czasu, aż gospodarka stanie na nogi, a my przestaniemy bać się zarazy i bezrobocia.
Spadek zatrudnienia i dynamiki płac oznacza, że przeciętnie gospodarstwa domowe będą miały do dyspozycji mniejsze dochody. Oczywiście dla niektórych niewiele się zmieni, jeśli zachowają pracę. Ale w innych rodzinach, które dotknie bezrobocie czy utrata zarobków, trzeba będzie mocno główkować, żeby wystarczyło na podstawowe wydatki. Wielu ludzi może znaleźć się w dramatycznej sytuacji.
Adobestock

Pandemia koronawirusa i spowodowany nią kryzys gospodarczy z pewnością negatywnie odbiją się na kondycji gospodarstw domowych. Dziś niewiadomą jest jedynie, jak mocne może to być uderzenie. Prostej odpowiedzi nie ma. Wiele zależy od tego, jak będzie wyglądała sytuacja na rynku pracy.

– Niestety, można się spodziewać tu dużego pogorszenia – przyznaje Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP.

Bezrobocie w górę

Przed wybuchem pandemii, choć gospodarka już trochę hamowała, bezrobocia w Polsce praktycznie nie było. Pracownicy mogli przebierać w propozycjach zatrudnienia jak w ulęgałkach. Obecnie w firmach zaczęły się redukcje, a liczba nowych ofert dramatycznie spada.

– W efekcie stopa bezrobocia może się nawet podwoić w ciągu dwóch najbliższych kwartałów – dodaje Piotr Bujak.

Jeszcze w marcu stopa bezrobocia wynosiła 5,4 proc., natomiast na jesieni może sięgnąć 10 proc. Oznacza to, że w dosyć krótkim czasie pracę i źródło dochodów straci od 700 tys. do 1 mln osób. To zresztą stosunkowo optymistyczne prognozy. W najczarniejszym scenariuszu liczba osób bez pracy może wzrosnąć nawet o 3 mln, a stopa bezrobocia do 20 proc. lub więcej.

Raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego (PIE) z przełomu kwietnia i maja pokazał, że redukcji zatrudnienia dokonało już 12 proc. badanych firm. Najwięcej przedsiębiorstw spośród tych, które zwalniają, jest w handlu (zamknięte były prawie wszystkie inne sklepy niż spożywcze); udział tej branży wynosi 15 proc. Ale niewiele mniejszy udział ma przemysł i usługi; odpowiednio 11 i 12 proc. Pracowników częściej pozbywają się duże firmy (16 proc.) niż te najmniejsze (8 proc.). Dalszą redukcję zatrudnienia zadeklarowało 12 proc. przedsiębiorstw. W większości przypad-ków zwolnienia obejmują do 25 proc. załogi, ale są też takie firmy, które muszą rozstać się nawet z połową swoich pracowników. W reakcji na kryzys firmy ograniczają też wynagrodzenia pracowników – wynika z badań PIE. Dotychczas takie działania podjęło 18 proc. przed-siębiorców, a planuje je 21 proc. (co ciekawe, w badaniach z marca o obniżkach płac myślało aż 46 proc. badanych). Z kolei 61 proc. firm chciało-by utrzymać poziom płac na dotychczasowym poziomie.

Brak podwyżki to dobra wiadomość

Jest to dobra, ale jednocześnie zła informacja z punktu widzenia stanu naszych portfeli. Można się bowiem spodziewać, że zarobki sporej czę-ści Polaków nominalnie spadną miesiąc do miesiąca, czyli na konta będzie wpływać mniej pieniędzy niż np. w lutym tego roku. Pozostali zaś pracownicy być może utrzymają dotychczasowe pensje, ale nie mają co liczyć na jakiekolwiek podwyżki. Podczas każdego kryzysu obowiązują proste zasady: firmy szukają oszczędności wszędzie, gdzie się da, a przy tym, gdy rynkiem pracy rządzi pracodawca, nie trzeba kusić pracowni-ków wyższymi płacami.

– Ogólny poziom wynagrodzeń Polaków może rzeczywiście spadać kwartał do kwartału – twierdzi Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska. – W ujęciu rok do roku płace mogą jeszcze statystycznie rosnąć, choć dynamika będzie coraz mniejsza.

I tak jeszcze w pierwszym kwartale 2020 r. płace wzrosły prawie o 7,5 proc., w drugim kwartale może to być 4,8 proc., w trzecim kwartale – 4,8 proc., a w czwartym – już tylko 3,6 proc.

Życie w niedostatku

Spadek zatrudnienia i dynamiki płac w sumie oznacza, że zmniejszy się tzw. fundusz wynagrodzeń w gospodarce, a więc spadną tzw. dochody do dyspozycji gospodarstw domowych. Oczywiście w poszczególnych przypadkach może to wyglądać bardzo różnie. W niektórych rodzinach niewiele się zmieni, jeśli wszyscy zachowają pracę. W innych może dojść do dramatów życiowych, gdy bezrobocie czy utrata dochodów dotknie wszystkich członków rodziny (np. gdy wszyscy pracowali w firmie rodzinnej, która zbankrutowała).

Pomoc społeczna dla osób, które straciły pracę, jest w Polsce bardzo niska. Podstawowy zasiłek dla bezrobotnych wynosi ok. 750 zł netto. I to tylko przez trzy miesiące, potem na trzy kolejne miesiące spada o 20 proc. Dla wielu osób, zwłaszcza tych, które wcześniej zarabiały więcej i mają np. zaciągnięte kredyty hipoteczne, to kropla w morzu stałych rachunków i rat do zapłacenia.

Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Ryszard Szarfenberg w ekspertyzie „Społeczne uzupełnienie tarczy antykryzysowej", przygotowanej w ramach inicjatywy Open Eyes Economy Summit, szacuje, że Polskę czeka ogromny wzrost ubóstwa. Według jego wyliczeń, jeśli stopa bezrobocia wzrośnie trzykrotnie, to liczba osób skrajnie ubogich zwiększy się o 1,7 mln (do 3,7 mln), liczba osób oficjalnie uznawanych za ubogich – o 2,5 mln (do 6,6 mln), a liczba żyjących w niedostatku – o 8,8 mln (do 24,4 mln). Eksperci już dziś biją na alarm, że pomoc socjalna w Polsce musi wymiernie wzrosnąć. Rząd przedstawia jakieś propozycje (np. wzrost zasiłku dla bezrobotnych do 1300 zł), ale na razie są to raczej szczątkowe, a nie systemowe rozwiązania.

Brak zainteresowania luksusem

Wraz ze wzrostem ubóstwa możemy się spodziewać zwiększenia nierówności dochodowych społeczeństwa, a co za tym idzie – poczucia nie-sprawiedliwości społecznej. – Nierówności dochodowe wzrosną tym bardziej, że zwolnienia częściej będą dotyczyć osób na umowach cywilno-prawnych, pracujących w usługach, czyli osób o stosunkowo niskich zarobkach – zauważa Jakub Borowski. Oczywiście niejeden dobrze uposażo-ny menedżer czy szczodrze dziś opłacany informatyk też straci pracę, ale tu skala redukcji może być mniejsza.

Narodowa kwarantanna i kryzys gospodarczy zmieniają także nasze zachowania jako konsumentów. W okresie izolacji w sposób naturalny mniej wydajemy. Dobrze to widać w wynikach sprzedaży detalicznej, która tylko marcu tego roku spadła nagle aż o 9 proc., a w kwietniu może być jeszcze gorzej. Nawet po otwarciu galerii handlowych i sklepów Polacy nie rzucili się na szalone zakupy.

Taka wstrzemięźliwość w wydatkach jest jak najbardziej rozsądną reakcją na kryzys nawet wśród osób, które nie straciły dochodów. Obawiając się o to, co przyniesie przyszłość, staramy się racjonalizować nasze potrzeby i więcej oszczędzać. Nie kupujemy na przykład dóbr wcześniej po-strzeganych jako luksusowe albo miłe, lecz nie niezbędne. Wydatki choćby na ubrania, wyposażenie wnętrz, meble, urządzenia elektroniczne, książki czy droższe kosmetyki ograniczamy do niezbędnego minimum.

Jak wynika z Barometru Rynku Consumer Finance (drugi kwartał tego roku), przygotowanego przez Związek Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH, skłonność gospodarstw domowych do dokonywania poważniejszych wydatków znacząco spadła. W największym stopniu ograniczenia dotknęły wydatków na dobra trwałego użytku i na remont mieszkania (w obu przypadkach spadek wskaźnika o 24 pkt w porównaniu z badaniem dotyczącym pierwszego kwartału). Mocno zredukowane zostały też plany zakupu samochodów i mieszkań oraz skłonność do finansowania takich wydatków kredytem.

– Zresztą zdecydowanie mniejsza jest też możliwość pozyskania dodatkowego finansowania na większe wydatki, np. w formie kredytu lub po-życzki – komentuje te wyniki Andrzej Roter, prezes zarządu Związku Przedsiębiorstw Finansowych. – Wiele osób, nie mogąc uzyskać pieniędzy na planowane wydatki, po prostu z nich zrezygnuje. Z pewnością ostrożniej będziemy też planować długoterminowe inwestycje, bo kryzys pokazał, że sytuacja na rynkach może zmienić się nagle i nieoczekiwanie.

– Teoria wygładzania konsumpcji zakłada, że gospodarstwa domowe budują oszczędności w dobrych czasach, by móc wydawać je w złym okresie. Ale w Polsce ta teoria nie działa. Gdy jest dobrze, wolimy wydawać, gdy źle – na gwałt oszczędzamy – przekonuje Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Nie zniechęca nas nawet otoczenie niskich stóp procentowych, to, że oprocentowanie w bankach jest bardzo niskie i nie gwarantuje realnego wzrostu wartości lokat. Dlatego się spodziewamy, że w najgorszym momencie popyt konsumpcyjny może spaść o 6 proc., a w całym roku o 2,4 proc. To bezprecedensowa sytuacja w Polsce. Dotychczas konsumpcja gospodarstw domowych nigdy nie spadła.

Destrukcyjny wpływ na gospodarkę

Warto dodać, że o ile z punktu widzenia konsumenta ograniczenie wydatków w czasie kryzysu jest naturalną reakcją, o tyle z punku widzenia gospodarki zjawisko to jest bardzo groźne.

– Na dłuższą metę spadek konsumpcji będzie miał niszczący, wprost destrukcyjny wpływ na gospodarkę – zauważa Ignacy Morawski z think tanku SpotData. – Jeśli ludzie nastawią się na gromadzenie gotówki, ale nie po to, by oszczędzać na konkretne cele, na przykład na samochód, mieszkanie, poprawę warunków życia, ale po prostu nie będą chcieli na nic wydawać tych pieniędzy, to czeka nas długotrwała recesja.

Dlatego tak ważne jest, by dość szybko konsumenci wrócili do w miarę normalnych zachowań. Pytanie, czy tak się stanie. Wszystko zależy od tego, jak będziemy postrzegać nasze bezpieczeństwo finansowe. Na razie jest z tym fatalnie. Nastroje Polaków – z bardzo optymistycznych jeszcze w marcu – już w kwietniu gwałtownie się zmieniły na superpesymistyczne. I spadły do poziomu z kryzysowego 2009 r. W ciągu jednego miesiąca przeszliśmy więc ścieżkę, która zwykle zajmuje społeczeństwu rok czy dwa.

– Nastroje Polaków mogą się odbudować tylko pod warunkiem, że przestaniemy się bać o swoje zdrowie i naszych bliskich, drugiej fali epide-mii, kolejnego lockdownu, utraty pracy, bezrobocia, niestabilnych dochodów itp. Ale nie wiem, kiedy minie ten strach, jak długo będzie trzymał nas w okopach – mówi Ignacy Morawski.

– Może nie będzie tak źle – pociesza Piotr Bujak. – W Polsce sytuacja epidemiczna jest relatywnie dobra. Po odmrożeniu gospodarka powinna stosunkowo szybko stawać na nogi. A wtedy także sytuacja na rynku pracy, co prawda z pewnym opóźnieniem, ale będzie się poprawiać. Nastro-je również. Jeśli oczywiście nie będzie ponownego wzrostu zachorowań, kolejnego zamrożenia, drugiej fali pandemii itp.

Wrócą mafie pożyczkowe?

Z badań Związku Przedsiębiorstw Finansowych, przeprowadzonego tuż przed wybuchem pandemii, wynika, że do kryzysu byliśmy lepiej przy-gotowani niż jeszcze kilka lat temu. Na przykład ponad 40 proc. polskich gospodarstw domowych poradziłoby sobie – choć z problemami – z dodatkowym, nieplanowanym wydatkiem w wysokości 2 tys. zł (ale aż dla 20 proc. nie byłoby to możliwe). Wskaźnik stopy oszczędności znaj-dował się na najwyższym poziomie od lat. Aż 42 proc. badanych oszczędzało 10–20 proc. swoich dochodów (dwa lata wcześniej – 26 proc.), a kolejne 20 proc. odkładało 20–30 proc. zarobków. Ok. 70 proc. Polaków deklarowało, że bez problemu obsługuje zobowiązania, natomiast kolejne 22 proc. – że z małymi kłopotami.

– Sytuacja do niedawna była dobra, zatem martwić może odsetek tych, którzy już wtedy deklarowali, że w razie odmowy udzielenia kredytu skorzystają z oferty podziemia kredytowego czy lombardu – zwraca uwagę Andrzej Roter, prezes ZPF. – Dziś, kiedy skala nowego bezrobocia i redukcji płac zaczyna być już widoczna, liczba takich osób byłaby zapewne wyższa. Tym bardziej że po wprowadzeniu przez rząd nowych regulacji prawnych, dotyczących rynku pożyczkowego, dostępność finansowania na rynku dla przeciętnego Kowalskiego gwałtownie zmalała.

Zdaniem Andrzeja Rotera, w efekcie tych regulacji wiele rzetelnych firm pożyczkowych straciło praktycznie z dnia na dzień możliwość funkcjo-nowania, a inne ograniczają swoją ofertę. Do tego banki zaostrzają politykę kredytową.

– Jeśli uwzględnimy osoby, których sytuacja finansowa i zawodowa pogorszyła się z powodu kryzysu, to możemy spo-dziewać się zwiększenia zjawiska wykluczenia kredytowego. Kredyt, który dotąd pełnił funkcję dobra z kategorii praw podstawowych, będzie stawał się dobrem w jakimś sensie luksusowym. Znacznie więcej osób niż dotychczas będzie zmuszonych skorzystać z usług mafii pożyczkowej – ostrzega Andrzej Roter. ¶

Konsumenci powrócą do dawnych przyzwyczajeń?

Izolacja społeczna i kryzys gospodarczy zmieniają zachowania konsumentów. W marcu sprzedaż detaliczna spadła aż o 9 proc., w kwietniu prawdopodobnie jeszcze bardziej, ale w maju, po otwarciu galerii handlowych i wszystkich sklepów, jest trochę lepiej; świadczą o tym dane banków na temat transakcji przeprowadzanych przez klientów. Wstrzemięźliwość w wydatkach w obecnej sytuacji jest rzecz jasna zrozumiała, ale dla gospodarki zjawisko to jest bardzo groźne. Spadek konsumpcji w dłuższym terminie prowadzi do recesji. Cała nadzieja w tym, że konsumenci dość szybko wrócą do w miarę normalnych zachowań.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

© ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone
Źródło: PARKIET

×

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.


REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA