Kurs franka szwajcarskiego zbliżył się w środę do 5 zł. W kantorach – nawet internetowych – helwecka waluta była nawet droższa. Tę barierę w przeszłości kurs franka przebił tylko raz i to chwilowo. Było to w połowie stycznia 2015 r., gdy Szwajcarski Bank Narodowy przestał bronić się przed aprecjacją swojej waluty, uznając tę politykę za zbyt kosztowną. Wiele wskazuje na to, że wkrótce frank zadomowi się tam na dłużej, choć po południu – gdy zamykaliśmy to wydanie „Parkietu”, kosztował ok. 4,96 zł, podobnie jak we wtorek.

Wycofany SNB

Jeszcze na początku br. za franka było trzeba zapłacić ok. 4,40 zł, wyraźnie mniej niż za euro, które kosztowało wtedy niemal 4,60 zł. Szwajcarska waluta, ciesząca się na globalnym rynku finansowym statusem bezpiecznej przystani w okresach zawirowań, wyraźnie umocniła się bezpośrednio po ataku Rosji na Ukrainę pod koniec lutego. Wiosną, gdy strach nieco opadł, frank stracił blask, aby odzyskać go w czerwcu.

– Siła franka wynika z tego, że Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) zdecydował się podnieść stopy procentowe w czerwcu, gdy niemal wszyscy oczekiwali, że zrobi to dopiero po podwyżce stóp przez Europejski Bank Centralny (nastąpiła w lipcu – red.) – tłumaczy „Parkietowi” Kit Juckes, główny strateg walutowy Societe Generale. Według niego tamta decyzja stanowiła dla uczestników rynku sygnał, że dla SNB ważniejsza jest walka z inflacją niż przeciwdziałanie aprecjacji własnej waluty. – Teraz rynek zastanawia się, czy SNB będzie bronił się przed spadkiem kursu euro poniżej 0,95 za franka – dodaje.

Zespół analityków Juckesa ocenia, że wzmożone interwencje SNB na rynku walutowym są prawdopodobne. Ale nawet jeśli ustabilizowałoby to kurs franka wobec euro, szwajcarska waluta mogłaby nadal zyskiwać na wartości wobec złotego, który ostatnio wobec euro słabł. I tak będzie prawdopodobnie dopóty, dopóki pod presją będzie euro. Zwykle bowiem osłabienie tej ostatniej waluty wobec innych głównych jednostek płatniczych idzie w parze z jeszcze większym osłabieniem złotego i pozostałych walut naszego regionu.

Dolar w fotelu kierowcy

– Ta zależność ostatnio była słabsza, ale występowała. Złoty stracił na wartości wobec słabego przecież euro – zauważa Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. W środę po południu za euro było trzeba zapłacić około 4,76 zł, nieco mniej niż we wtorek. Ale jeszcze w połowie sierpnia euro kosztowało o 10 groszy mniej. – Głównym motorem notowań złotego jest to, co dzieje się na parze EUR/USD. Krajowe czynniki, takie jak głęboko ujemna realna stopa procentowa, polityka fiskalna czy relacje Warszawa–Bruksela, na pewno jednak złotego nie wspierają – ocenia Kwiecień.

Patrząc z tej perspektywy, to, co będzie działo się z notowaniami złotego, będzie zależało przede wszystkim od notowań dolara wobec euro. W środę przez dużą część dnia dolar znów zyskiwał na wartości, po tym jak osłabił się we wtorek. Dopiero po południu sytuacja się nieco zmieniła i kurs euro wobec dolara odbił się z niemal 0,992 do 0,998. Na notowania tej pary walutowej decydujący wpływ mają ostatnio oczekiwania co do tempa podwyżek stóp procentowych w USA oraz wszelkie doniesienia na temat kryzysu energetycznego w Europie. – Ten kryzys nie jest jeszcze w pełni wyceniony na rynku finansowym, o czym świadczy to, że euro osłabiło się po ostatnich zapowiedziach Gazpromu, że znów przerwie dostawy gazu do UE – ocenia Piotr Matys, analityk walutowy w InTouch Capital Markets.