Analiza zachowania ceny do spadku o 25 proc. pokazuje wyraźne różnice. W 2008 r. rynek potrzebował na to ok. 250 dni, w 2012 trwało to ponad rok, a w 1997 r. aż cztery lata. Obecnie zajęło to raptem 130 dni. Oczywiście, rynki finansowe w ostatnich latach znacznie przyspieszyły i przyzwyczaiły nas do krótkich oraz dynamicznych korekt. Mimo wszystko trudno jest mi uwierzyć, że ten okres 130 dni był wystarczający do pełnej dystrybucji, abyśmy weszli w kilkuletnią bessę.

Warto również spojrzeć na fundamenty rynku. Banki centralne nadal kupują złoto, a inwestorzy detaliczni pozostają w nim relatywnie niedoważeni, o czym świadczą przepływy w funduszach ETF. Historycznie złoto dobrze radziło sobie w okresach słabości dolara, którego perspektywy wciąż pozostają niepewne. Dodatkowo rosnące napięcia geopolityczne i dyskusje o dywersyfikacji rezerw walutowych wspierają zainteresowanie złotem. To istotna różnica względem poprzednich szczytów rynku – w 1997 r. banki centralne były netto sprzedawcami złota, a w 2012 r. inwestorzy detaliczni byli silnie zaangażowani w ten rynek.