WIG20 jest bardzo blisko historycznego szczytu. Mało tego, jesteśmy blisko poziomu 4000 punktów. Uda się go osiągnąć?
Wszyscy trzymamy za to kciuki. Wydaje się, że wszystkie składniki potrzebne do przebicia tej psychologicznej bariery są na miejscu. Mamy wzrost gospodarczy szacowany na blisko 4 proc., mamy napływ zagranicznego kapitału na nasz rynek. Widać też, że gdy rynek rośnie, to wzrosty są szerokie i obejmują wiele obszarów. To poziom zdecydowanie w zasięgu ręki. Liczę na to, że tak się stanie. Nic obecnie nie wskazuje na to, żeby miało być inaczej.
Nie obawiasz się jednak, że na tym obrazie pojawią się rysy? Przyszły rok będzie rokiem wyborczym. Pojawiają się już pomysły dotyczące wyższych podatków dla banków czy podniesienia kwoty wolnej od podatku. Czy inwestorzy zaczynają zwracać na to uwagę?
Rok wyborczy zdecydowanie trzeba brać pod uwagę. Zwrócę jednak uwagę, że rynek dosyć spokojnie podszedł do ostatnich zapowiedzi dotyczących wyższych podatków sektorowych. Widać było to choćby po reakcji Orlenu na informacje o planowanych większych obciążeniach dla firm gazowych i paliwowych. Nie widzę obecnie strukturalnych powodów, które mogłyby wykoleić wzrost gospodarczy i pogorszyć wyniki spółek cyklicznych korzystających z dobrej koniunktury. Oczywiście dodatkowe opodatkowanie najlepiej zarabiających firm nie jest pozytywne z punktu widzenia zaufania inwestorów. Jednocześnie niewiele jest dziś na świecie giełd dających tak czystą ekspozycję na wzrost gospodarczy jak Polska. Widzimy szeroki napływ kapitału zagranicznego i bardzo duże zainteresowanie naszym rynkiem. W najbliższej perspektywie nie spodziewam się zmiany tego trendu.
Na początku roku rozmawialiśmy o tym, że po wzroście WIG-u o 45 proc. w 2025 r. trudno będzie powtórzyć taki wynik. Tymczasem po pierwszym półroczu mamy już ponad 20 proc. wzrostu. To dla ciebie zaskoczenie?
Tak, skala wzrostu jest dla mnie zaskoczeniem. Nie spodziewałem się tak dobrego pierwszego półrocza. Zakładałem raczej umiarkowany wzrost, rzędu około 10 proc. Widać jednak, że zachodzi proces reratingu naszego rynku. Inwestorzy zagraniczni przestają postrzegać Polskę jako peryferyjny rynek i dostrzegają jej potencjał. Spójrzmy choćby na sektor bankowy. Wyceny polskich banków na tle zagranicznych odpowiedników nie są wygórowane. Nadal widzę przestrzeń do wzrostu. Oczywiście ryzyka istnieją, ale raczej w dłuższym terminie.
Ale kolejne 20 proc. w drugim półroczu może być trudne do osiągnięcia.
Nasza rozmowa sprzed pół roku pokazuje, że nie powinniśmy zbyt pochopnie stawiać limitów dla polskiego rynku.
Czy nie jest też tak, że inwestorzy zagraniczni mają dziś znacznie szersze pole do popisu niż kiedyś? Nie ograniczają się już tylko do największych spółek i banków.
Tak właśnie jest. Przez lata to sWIG80 dostarczał najlepsze stopy zwrotu w długim terminie. Obecnie sytuacja się odwróciła na korzyść większych spółek. Powód jest prosty – wiele spółek z sWIG80 jest nadal zbyt małych i mało płynnych dla dużych inwestorów zagranicznych, choć nie brakuje tam bardzo ciekawych biznesów.
Czy jest to wyłącznie kwestia płynności czy również wycen?
Najwięcej okazji widzę obecnie w mWIG40. To efekt kilku czynników: wycen, płynności i faktu, że bardzo często są to firmy z dominującym prywatnym akcjonariuszem, który aktywnie uczestniczy w zarządzaniu. To ma ogromne znaczenie. Podam prosty przykład. W 2016 roku lepiej było być akcjonariuszem InPostu czy Poczty Polskiej? Odpowiedź jest oczywista. To właśnie prywatny właściciel z wizją zbudował sieć paczkomatów.
Dużo w ostatnim czasie dzieje się też z akcjami spółek kosmicznych. Skąd ta przecena?
Warto zwrócić uwagę na sukces polskiego rynku kapitałowego. Udało się sfinansować istotny wzrost mocy produkcyjnych spółek kosmicznych. To sukces zarządzających funduszami, OFE i TFI, którzy dostrzegli potencjał tych firm. Po bardzo silnych wzrostach naturalnym zjawiskiem jest korekta. Nie ma w tym nic zaskakującego. Scanway czy Creotech rosły w imponującym tempie. Taka korekta była wręcz potrzebna. Dobrze, że bańka schodzi z rynku w sposób umiarkowany i cywilizowany, a nie tak jak w Korei, gdzie inwestorzy indywidualni otrzymują wezwania do uzupełnienia depozytów zabezpieczających po gwałtownych spadkach. W kolejnych latach te firmy powinny doświadczać bardzo silnego wzrostu organicznego wyników. Pytanie brzmi jedynie kiedy rynek ponownie zacznie to wyceniać.
Czy można powiedzieć, że inwestorzy przeszli od etapu wiary do etapu „sprawdzam”?
Myślę, że tak. Te spółki trafiły już na radary inwestorów i zadomowiły się tam. Teraz trzeba po prostu poczekać. Firmy pozyskały kapitał na rozwój i zwiększenie mocy produkcyjnych. To wymaga czasu. Co ważne, zarządy tych spółek dotychczas raczej dowoziły swoje obietnice. Jeśli pojawiały się problemy, były to raczej niuanse. Dodatkowo za tymi biznesami stoją prywatni założyciele silnie związani z nimi zarówno finansowo, jak i emocjonalnie. To ludzie, którzy chcą zbudować coś dużego, a nie tylko zarobić pieniądze. Natomiast przy analizie każdej spółki najważniejsze pozostaje pytanie o przyszłe wyniki finansowe i potencjał wzrostu organicznego. To jest fundament inwestowania.