Ceny gazu ziemnego w Polsce i Europie znowu mocno rosną. Na TGE, w transakcjach SPOT, 1 MWh (megawatogodzina) kosztuje już 1116,88 zł. Drożej było tylko na początku marca. Równie wysokie koszty zakupu są w pozostałych krajach Wspólnoty. Na TTF cena surowca z dostawą na wrzesień zbliżała się już do 240 euro za 1 MWh. Jeszcze wyższe kursy odnotowywano w kontraktach z dostawą na miesiące zimowe.

Będzie nerwowo

Powodem rosnących cen – tak jak we wcześniejszych miesiącach – są obawy, że na rynku zabraknie błękitnego paliwa. Niepokój podsycają Rosjanie, którzy ograniczają dostawy poprzez Nord Stream 1, główną magistralę służącą do transportu gazu do UE, w tym zwłaszcza do Niemiec.

W Polsce ekipa rządząca zapewnia, że surowca nam nie zabraknie. Temu ma służyć m.in. właśnie podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawa, której celem jest wzmocnienie bezpieczeństwa gazowego państwa w związku z sytuacją panującą na rynku. Nowe regulacje przewidują m.in. wydłużenie do końca 2027 r. obowiązku zatwierdzania przez prezesa URE taryf na sprzedaż błękitnego paliwa do odbiorców domowych i strategicznych instytucji pożytku publicznego. Ponadto z 40 dni do 50 dni wydłużono okres, w którym zapasy obowiązkowe surowca mają być dostarczone do systemu gazowego. To jednak może być za mało. Kolejne szczegółowe analizy ekspertów, m.in. niedawny raport Greenpeace’u, każą wątpić w deklaracje polityków, zwłaszcza jeśli wystąpi mroźna zima.

– W mojej ocenie, im bliżej będziemy rozpoczęcia sezonu grzewczego, tym sytuacja na europejskim rynku gazu będzie coraz bardziej nerwowa. Dużo będzie zależało zwłaszcza od temperatury powietrza i wynikającego z tego zapotrzebowania na surowiec – mówi Kamil Kliszcz, analityk BM mBanku. Jako przykład podaje Niemcy, w których wprawdzie średnie zużycie błękitnego paliwa zimą wynosi około 100 TWh (terawatogodziny) miesięcznie, ale były już takie okresy, kiedy sięgało 140 TWh. W przypadku tak podwyższonego zużycia nie ma co liczyć, że surowca wystarczy dla wszystkich. Podobnie jest w kilku innych krajach. – W efekcie konieczne może się okazać racjonalizowanie dostaw, ale o tym zdecyduje pogoda, która jest nieprzewidywalna – twierdzi Kliszcz.

Potrzebny kredyt

Konsekwencje wysokich cen odczuwa dominujący gracz na polskim rynku gazu. PGNiG podało właśnie, że zawarło umowę kredytową z BGK do kwoty 4,8 mld zł na 24 miesiące. Kolejne pieniądze potrzebne są koncernowi na zakup surowca. Przy okazji skorzystał on z gwarancji Skarbu Państwa, przewidzianych w ustawie o szczególnych rozwiązaniach służących ochronie odbiorców paliw gazowych w związku z sytuacją na rynku gazu. Jednocześnie zarząd PGNiG próbuje uspokajać rynek, zapewniając, że na bieżąco monitoruje sytuację na międzynarodowym rynku błękitnego paliwa i będzie podejmował dalsze działania w kierunku zwiększenia dostępnych źródeł finansowania. – PGNiG musi pozyskiwać dodatkowe pieniądze na kapitał obrotowy, aby móc prowadzić handel gazem ziemnym w środowisku galopujących cen tego surowca. Dla spółki nie wiąże się z tym jakieś wielkie ryzyko, gdyż nie utrzymuje ona otwartej pozycji i nie bierze ryzyka zmian cen – uważa Kliszcz.

Dodaje, że co do zasady grupa nie traci na rosnących cenach gazu, ponieważ w kolejnym ruchu przenosi je na klientów. W przypadku gospodarstw domowych i innych odbiorców, którym sprzedaje błękitne paliwo po bardzo niskiej taryfie, otrzymuje z kolei rekompensatę od Skarbu Państwa. – Wykazane w II kwartale 3,4 mld zł straty EBITDA w biznesie obrotu i magazynowania, to efekt rozliczeń prowadzonych w grupie pomiędzy segmentami wydobycia i obrotu. Na poziomie całego koncernu spółka korzysta z rosnących cen gazu – mówi analityk BM mBanku.