Utrata Najwyższego Przywódcy oraz szeregu najważniejszych liderów Islamskiej Republiki Iranu doprowadziła do obaw o nadmierną eskalację na Bliskim Wschodzie. Abstrahując jednak od kwestii irańskiej, która w długim terminie może mieć istotny wpływ m.in. na rynek ropy, ruch Amerykanów pokazał światu, że pogłoski o śmierci hegemona są przedwczesne.
Kolejna koronkowa akcja w wykonaniu amerykańskich sił zbrojnych. Tym razem nie mówimy o Wenezueli – państwie praktycznie upadłym – ale o Iranie, który mimo międzynarodowej izolacji był znacznie bardziej poukładanym i sprawnym państwem. W końcu nie bez powodu rozwój pocisków balistycznych czy zdolności nuklearnych budził obawy Izraela. Tym bardziej zatem robi wrażenie, z jaką łatwością USA poradziły sobie z oporem irańskiego wojska. Unieszkodliwienie obrony przeciwlotniczej, zdolności ofensywnych czy eliminacja przywódców politycznych nastąpiła niemalże natychmiast. Cała operacja potwierdziła sprawczość Stanów Zjednoczonych i dała myślenia innym krajom na świecie.
Przede wszystkim jednak warto spojrzeć na zachowanie Rosji i Chin.
Z jednej strony niedawny rywal w wyścigu zbrojeń, zaś z drugiej pretendent do przejęcia globalnego tronu. Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku reakcja na demonstrację amerykańskiej siły była taka sama – kompletna cisza. Od momentu wybuchu wojny na Ukrainie pozycja Rosjan w jakimkolwiek konflikcie zbrojnym spadła niemalże do zera. Porażkę odniesiono zarówno w kontekście konfliktu armeńsko-azerskiego, Syrii, Wenezueli, jak i utracono kontrolę nad sytuacją w Afryce. Wsparcie Rosjan stało się bezwartościowe w międzynarodowym teatrze działań. Również Chiny pokazały, iż mimo prężenia muskułów i wielkiej ofensywy handlowej – niewiele mają do zaoferowania w momencie konfliktu konwencjonalnego. Mogą zaoferować wsparcie, wsparcie logistyczne, ale koniec końców ich partnerzy pozostają samotni w starciu z brutalną siłą USA. Siłą, która przez lata była pielęgnowana, ale często wykorzystywana w ograniczonym stopniu.
W ostatnich miesiącach jednak widać przełom. Amerykanie są świadomi własnych atutów i będą je wykorzystywać bezapelacyjnie do samego końca. Końca globalnego ładu, który znamy od lat bądź roli USA jako hegemona, będącego w stanie rozdawać karty na całym świecie.