Raz jeszcze okazało się, że w przypadku inwestycji kluczem do sukcesu jest moment jej rozpoczęcia. Reguła ta dotyczy nie tylko rynków akcji czy innych aktywów, w przypadku których najważniejszym elementem udanej transakcji jest cena nabycia i odsprzedaży, ale sprawdza się także w przypadku obligacji, a więc na rynku instrumentów, na którym timing powinien mieć – zdawałoby się – mniejsze znaczenie. Przed rokiem opisywaliśmy w „Parkiecie” obligacje czteroletnie kupione w 2021 r., a więc tuż przed okresem wzrostu inflacji, co intuicyjnie wydawało się najlepszym możliwym terminem zakupu. W praktyce jednak moment wejścia okazał się źle dobrany (wszystkie serie przyniosły realne straty po uwzględnieniu podatku od zysków kapitałowych). Ponieważ kluczowe okazało się niskie oprocentowanie na wejściu do inwestycji i wzrost inflacji po jej rozpoczęciu.
Seria nietrafionych inwestycji w kolejne serie utrzymała się do maja 2022 r. i był ku temu istotny powód.
Ingerencja rządowa
Od czerwca 2022 r. resort finansów podniósł bowiem oprocentowanie obligacji czteroletnich w pierwszym okresie inwestycji do 5,5 proc. z 3,3 proc. w maju (i zaledwie 1,3 proc. na początku 2022 r. i w całym 2021 r.). Podnosząc oprocentowanie obligacji oszczędnościowych rząd chciał zmusić banki do podniesienia oprocentowania depozytów (to się udało), co było zresztą elementem szerszej kampanii (równolegle rząd nakazał przyspieszenie prac nad reformą wskaźnika referencyjnego). W tym samym czasie wzrosło oprocentowanie innych serii, a w sprzedaży pojawiły się obligacje roczne i dwuletnie o miesięcznej wypłacie odsetek.
W kolejnych miesiącach rząd podnosił startowe oprocentowanie czterolatek, nawet do 7 proc. w pierwszym okresie odsetkowym i właśnie to spotkanie podniesionego oprocentowania z jednocyfrową od września 2023 r. inflacją okazało się decydujące dla wyniku inwestycji w całym jej horyzoncie.