Przez krótką chwilę rentowność zrównała się z papierami naszych obligacji dziesięcioletnich, ale w kolejnych dniach w USA rentowność była korygowana, a nasze papiery nie należą w tym roku do najbardziej ruchliwych.

Sytuacja jest jednak o tyle ciekawa, że skok rentowności w USA (o blisko 30 pkt w ciągu tygodnia) nie przelał się na inne rynki, chyba że za reakcję inwestorów uznać zatrzymanie marszu indeksów giełdowych. Rentowność niemieckich bundów wzrosła o 16 pkt (z czego 12 już skorygowano), a rentowność naszych obligacji już jest niższa niż w momencie wystrzału rentowności w USA (zbiegł się w czasie z zajściami w Kapitolu).

Możemy uznać, że jest to sprawa czysto lokalna i pozbawiona znaczenia albo że rynki światowe z góry uznały, że lada chwila Fed kupi po prostu nieco więcej obligacji niż zwykle i ściągnie rentowność do wcześniejszych poziomów. Przemawia za tym brak reakcji rentowności amerykańskich papierów high yield. Te z rentownością oznaczoną literkami BB poruszają się w granicach 4–4,5 proc., a więc poniżej poziomów sprzed pandemii (skarbowe papiery również są poniżej tych poziomów, tyle że od pięciu miesięcy ich rentowność rośnie, a korporacyjnych nadal spada), zaś te oceniane na CCC (i niżej) oferują 8,3 proc. (8 proc. to dołek z 2014 r.), wobec 9,7 proc. przed pandemią. Ryzyko nadal jest kupowane, i to chętniej niż przed pandemią, mimo pogorszenia perspektyw gospodarczych. Ale nie dotyczy to obligacji rządu USA, gdzie inwestorzy dyskontują uchwalenie kolejnego pakietu stymulacyjnego i być może wzrostu inflacji. Może się więc okazać, że obserwowany od pięciu miesięcy trend wkrótce wygaśnie i niebezpieczeństwo zostanie zażegnane. Ale warto brać je pod uwagę, skoro głównym powodem kontynuacji hossy jest niski koszt finansowania.