Pomimo tego, że warszawski parkiet jest rynkiem bardzo młodym, powoli zaczynają wykształcać się na nim pewne deja vu. Obok tych radosnych znajdują także, niestety, i smutne. Po raz kolejny okazało się, że wrzesień nie jest miesiącem, w którym zarabiają inwestorzy posiadający akcje. Pesymiści ponownie mogli zarobić grając na kontraktach terminowych.

Powakacyjne spadki wartości akcji, a wraz z nimi i indeksów, w latach poprzednich uzasadnione najczęściej były kryzysami - azjatycki, w Ameryce Południowej czy rosyjski. Jak można w tym roku uzasadnić spadek podstawowych indeksów (WIG mający jeszcze na początku września ponad 18700 pkt., na ostatniej sesji września wynosił niecałe 16900 pkt.; WIG20 odpowiednio ponad 1950 i niecałe 1710)? Czy spadek o 10% oraz o ponad 12% jest równie łatwy do wytłumaczenia jak wcześniejsze w analogicznym okresie?

Tym razem nie nastąpił żaden kryzys finansowy. Na razie jedynie w czarnych wizjach pesymistów zarysowuje się ryzyko kryzysu globalnego związanego z coraz droższą ropą. Co jest zatem przyczyną tych spadków? Dlaczego inwestorzy całkowicie stracili nadzieję nie wierząc we wzrosty w najbliższym czasie? Wiadomo przecież, że trudno oczekiwać, by następowały wzrosty indeksów przy gwałtownych spadkach wartości akcji tuzów polskiej giełdy - TPSA, PKN Orlen czy Elektrimu.

Nawet dzisiejsza sesja, ostatecznie, kolejna w tym serialu spadków, wydaje się udowadniać tezę, że na wzrosty przyjdzie nam jeszcze poczekać. Czy będzie to długi okres? Bardzo trudno na to pytanie odpowiedzieć, jednak panujące na giełdzie zniechęcenie zdaje się mówić, że niedźwiedzie na dobre zagościły na naszym parkiecie. Czy może jednak wkrótce zapadną w zimowy sen i pozwolą zdominować rynek bykom jak już nieraz miało to miejsce w przeszłości...

Mariusz Łada DM BOŚ SA.