Głównym wydarzeniem wczorajszej sesji w USA była publikacja sprzedaży
domów na rynku pierwotnym. Byliśmy jeszcze tego świadkami. Reakcja
indeksów amerykańskich była silnie negatywna, co przełożyło się także na
końcówkę notowań na naszym rynku. Dane były złe, więc słaba reakcja na nie
nie powinna zaskakiwać. Co innego reszta sesji. W dalszej jej części
indeksy powoli się wspinały. Systematyczny wzrost sprawił, że jeszcze w
trakcie dnia udało im się odrobić całą stratę wywołaną niepomyślną
publikacją.
Można z tego wyciągnąć dwa wnioski. Po pierwsze nasze zachowanie było
nieco na wyrost i nie będzie niczym dziwnym, jeśli zaczniemy sesję nieco
ponad wczorajszym zamknięciem. Skala ewentualnej zwyżki nie może być zbyt
duża, gdyż mamy jeszcze kilka negatywnych czynników. Do tych zaliczyć
można niewielkie minusy przy obecnym poziomie notowań amerykańskich
kontraktów oraz dość słabe sesje w Azji. Zapewne to pierwsze wynika z
drugiego i sytuacja może się tu jeszcze poprawić, ale fakt minusów jest
bezdyskusyjny, a więc i my musimy go wziąć pod uwagę.
Drugi wniosek to siła amerykańskiego rynku. Podnieść się po takim ciosie
to jest naprawdę sztuka. Rynek zdaje się być naprawdę silny, a źródłem tej
siły są panujące na nim nastroje. Mimo ostatnich wzrostów ich poziom nie
jest najwyższy i nadal znaczna część inwestorów wątpi w pozytywny efekt
tego ruchu. Patrząc na wykresy dj.gif Nasdaq.gif SP500.gif trudno się
dziwić. Silny spadek poprzedzający tą zwyżkę wygląda po prostu fatalnie,
ale też trzeba pamiętać, że giełda to gra na emocjach. Jeśli większość ma
wątpliwości, a rynek nie spada, to znaczy, że te wątpliwości są siłą
napędową wzrostu. Tak jest obecnie. Dotyczy to zarówno rynku
amerykańskiego, jak i polskiego. Czy pamiętamy, jaka była wartość bazy i
Wigometru na koniec ubiegłego tygodnia?
A dane? Dane były fatalne i nie wynikało to tylko z samego poziomu obrotów
na rynku pierwotnym, choć oczywiście to jest główny czynnik. Ta
"fatalność" wynika także z tego, że rynek będąc po serii informacji
wyciszających obawy o sytuację na rynku nieruchomości dostał cios z
zaskoczenia. Spadek sprzedaży i wzrost zapasów sprawił, że wskaźnik
wielkości zapasów do miesięcznej sprzedaży wzrósł do 8,1 czyli do poziomu
nie widzianego od stycznia 1991 r.! Na domiar złego dokonano rewizji
danych z poprzednich miesięcy odejmując w sumie netto ponad 170 tyś domów
wcześniej uznanych za sprzedane. Każdy ma świadomość, że spadek obrotów i
wzrost zapasów musi odbić się na cenie. Ta spadała w lutym i pewnie
spadnie w kolejnych miesiącach. Tego wszyscy boją się najbardziej. Średni
poziom cen jest wyznacznikiem dla wyceny wszystkich nieruchomości. Jeśli
globalnie będzie on spadał, tym samym spadać będzie potencjał płatniczy
Amerykanów, co łatwo może przełożyć się na inne części gospodarki, o
sektorze finansowym nie zapominając. Na razie rynek to ignoruje być może
myśląc, że takie dane skłonią Fed do szybszych cięć. Problem w tym, że
cięcia wywołane takimi danymi to cięcia ratunkowe. Zatem sytuacja musi być
fatalna, by do nich doszło. Trudno taki scenariusz na dłuższą metę uznać
za optymistyczny. KJ