Mali chłopcy marzą najczęściej, żeby zostać strażakiem albo wojskowym. Co Pan sobie wyobrażał? Widział Pan siebie na czele dużego przedsiębiorstwa?
Jako bardzo mały chłopiec miałem dość typowe marzenia - kierowca, strażak, policjant. Natomiast gdy miałem 10-12 lat, chciałem zostać szachistą. Żyłka przedsiębiorcy obudziła się we mnie znacznie później, bo w trakcie studiów na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Większość moich kolegów prowadziła jakieś własne interesy - sprowadzali różnego rodzaju towary z Turcji, handlowali z Węgrami, mieli swój mały biznes w kraju. Główną rolę odegrała moja mama, która z wykształcenia jest magistrem farmacji i ciągle docierały do mnie z jej strony sygnały o brakach w zaopatrzeniu i potrzebie pojawienia się dobrego dystrybutora. Dlatego, kończąc studia w 1990 r., założyłem wspólnie z mamą spółkę. To również dzięki mamie, która jest znanym i szanowanym farmaceutą w toruńskim środowisku, nasza działalność spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem.
Dlaczego wybrał Pan publiczną ofertę akcji? Czy w rozważaniach były brane pod uwagę też inne możliwości pozyskania kapitału przez spółkę?
Rozwój spółki, ponad 40-procentowy wzrost rocznych przychodów, spowodował, że wspomaganie się jedynie kredytem bankowym stałoby się już wkrótce niewystarczające. Zaczęliśmy więc poszukiwać innych rozwiązań. Jeszcze rok temu prowadziliśmy rozmowy z funduszami venture capital. Zrezygnowaliśmy jednak z tej opcji. Stwierdziliśmy, że przy dobrej kondycji spółki i skali działalności, jaką prowadzimy, giełda będzie najtańszym i najbardziej efektywnym sposobem pozyskania kapitału. Nie ukrywam też, że ze względu na dostawców, klientów i banki, ważny jest dla nas prestiż, z jakim wiąże się notowanie spółki na GPW.
Jak długo dojrzewał Pan do podjęcia ostatecznej decyzji o wprowadzeniu Torfarmu na parkiet?