Reklama

Wierzę w powodzenie oferty

Z Kazimierzem Herbą, założycielem, prezesem i właścicielem Torfarmu, rozmawia Piotr Wojtaszek

Publikacja: 27.02.2004 12:18

Mali chłopcy marzą najczęściej, żeby zostać strażakiem albo wojskowym. Co Pan sobie wyobrażał? Widział Pan siebie na czele dużego przedsiębiorstwa?

Jako bardzo mały chłopiec miałem dość typowe marzenia - kierowca, strażak, policjant. Natomiast gdy miałem 10-12 lat, chciałem zostać szachistą. Żyłka przedsiębiorcy obudziła się we mnie znacznie później, bo w trakcie studiów na Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. Większość moich kolegów prowadziła jakieś własne interesy - sprowadzali różnego rodzaju towary z Turcji, handlowali z Węgrami, mieli swój mały biznes w kraju. Główną rolę odegrała moja mama, która z wykształcenia jest magistrem farmacji i ciągle docierały do mnie z jej strony sygnały o brakach w zaopatrzeniu i potrzebie pojawienia się dobrego dystrybutora. Dlatego, kończąc studia w 1990 r., założyłem wspólnie z mamą spółkę. To również dzięki mamie, która jest znanym i szanowanym farmaceutą w toruńskim środowisku, nasza działalność spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem.

Dlaczego wybrał Pan publiczną ofertę akcji? Czy w rozważaniach były brane pod uwagę też inne możliwości pozyskania kapitału przez spółkę?

Rozwój spółki, ponad 40-procentowy wzrost rocznych przychodów, spowodował, że wspomaganie się jedynie kredytem bankowym stałoby się już wkrótce niewystarczające. Zaczęliśmy więc poszukiwać innych rozwiązań. Jeszcze rok temu prowadziliśmy rozmowy z funduszami venture capital. Zrezygnowaliśmy jednak z tej opcji. Stwierdziliśmy, że przy dobrej kondycji spółki i skali działalności, jaką prowadzimy, giełda będzie najtańszym i najbardziej efektywnym sposobem pozyskania kapitału. Nie ukrywam też, że ze względu na dostawców, klientów i banki, ważny jest dla nas prestiż, z jakim wiąże się notowanie spółki na GPW.

Jak długo dojrzewał Pan do podjęcia ostatecznej decyzji o wprowadzeniu Torfarmu na parkiet?

Reklama
Reklama

Myśl o pozyskaniu zewnętrznego finansowania powracała i dojrzewała kilka lat. W tym czasie udało nam się poprawić wskaźniki ekonomiczne, skróciliśmy cykl rotacji należności, przez co decyzję o pozyskaniu środków można było trochę odwlec. Jednocześnie obserwowaliśmy naszych konkurentów, którzy już od dłuższego czasu są obecni na warszawskim parkiecie. Na to wszystko nałożyło się ożywienie na rynku akcji. Dlatego latem ubiegłego roku, po przeprowadzeniu wielu rozmów i analiz, podjęliśmy decyzję o debiucie giełdowym.

A ile czasu potrzeba na przygotowanie emisji - wybranie oferującego, doradców, napisanie prospektu?

Myślę, że cały ten proces może zamknąć się w dwóch-trzech miesiącach, ale zapewne rzutowałoby to na kosztach i jakości oferty. My nie musimy się spieszyć, stąd nasz harmonogram prac jest rozłożony w czasie. Jak wspominałem, wewnętrzną decyzję o publicznej emisji podjęliśmy latem. W listopadzie wybraliśmy doradców, którzy intensywne prace rozpoczynają dopiero teraz, po zamknięciu finansowym roku 2003. Prospekt zamierzamy złożyć w Komisji Papierów Wartościowych i Giełd do końca marca. Sam debiut uzależniamy natomiast od koniunktury giełdowej - jeśli będzie dobra, nastawiamy się na czerwiec. W innym przypadku możemy poczekać z emisją akcji na przykład do jesieni.

Które biuro maklerskie wprowadzi Torfarm na giełdę? Dlaczego zdecydował się Pan właśnie na tego brokera?

Będzie to konsorcjum Domu Inwestycyjnego BRE Banku i firmy doradczej BRE Corporate Finance. Jesienią przeanalizowaliśmy oferty kilku instytucji finansowych, zajmujących się wprowadzaniem spółek na parkiet. Po serii spotkań, wyłoniliśmy trzech brokerów. Ostateczny wybór padł na wspomniane konsorcjum. Dlaczego? To broker z doświadczeniem, który zaproponował korzystne warunki, ale przede wszystkim ludzie wydali się przekonujący. Szybko zauważyliśmy, że znajdujemy wspólny język.

Giełdowy debiut spółki to z reguły nieludzki wysiłek dla jej prezesa - ciągłe napięcie, spotkania z inwestorami, analitykami, prasą...Nie ukrywam, że trochę się tego obawiam, choć z biegiem czasu coraz mniej. Wcześniej myślałem, że już dzisiejszy etap przygotowań będzie oznaczać dla mnie dużo większe zaangażowanie. Spokój pozwala mi zachować przekonanie, że chcę zaoferować inwestorom dobrą spółkę. Uspokajają mnie również doświadczeni prezesi firm z warszawskiego parkietu. W pamięci mam też jednak słowa prezesa GPW Wiesława Rozłuckiego, który powiedział, że bycie szefem spółki giełdowej to dodatkowe co najmniej pół etatu do dotychczasowych obowiązków.

Reklama
Reklama

Pozyskanie środków z rynku publicznego to z jednej strony szansa na rozwój firmy, z drugiej - diametralna zmiana w jej zarządzaniu. Do stworzonej przez Pana spółki wchodzą nowi ludzie i procedury. Nie obawia się Pan tego?

Nie. Uważam, że dla mnie, jako akcjonariusza, ten scenariusz rozwoju firmy okaże się korzystny. Jeśli chodzi natomiast o zarządzanie, to myślę, że wiele się nie zmieni, poza tym, że dojdą obowiązki informacyjne. Już dziś większość decyzji deleguję i odpowiedzialny jestem tylko za te najważniejsze, strategiczne, które i tak analizuję z zespołem menedżerów.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama