Z tego artykułu dowiesz się:
- W jaki sposób dynamiczne wydarzenia ostatnich lat wpłynęły na przemiany geopolityczne regionu?
- Jakie są kluczowe zależności między działaniami militarnymi a kondycją gospodarczą Izraela?
- W jaki sposób społeczeństwo Izraela postrzega obecne konflikty i ich cele strategiczne?
- Jakie bezpośrednie koszty ponoszą zwykli obywatele w wyniku trwających działań zbrojnych?
Wśród bliskowschodnich i globalnych indeksów giełdowych mocno wyróżniał się TA-35, czyli główny indeks giełdy w Tel Awiwie. Gdy w regionie dominowały spadki na parkietach, on rósł i nawet 6 marca ustanowił rekord. Od zamknięcia ostatniej sesji przed wojną z Iranem do szczytu zyskał 6 proc. Jak widać inwestorzy docenili to, że Izrael po raz kolejny wykazał się militarną sprawnością i wielkimi wpływami w USA. Ulgę mogło przynieść również to, że dosyć mało ucierpiał w wyniku irańskiego odwetu. Z wcześniejszych przecieków wynikało, że dowództwo izraelskich sił zbrojnych spodziewało się salw rakietowych wynoszących po 200 pocisków dziennie. Tymczasem przez cały pierwszy tydzień w kierunku Izraela wystrzelono 200 rakiet, z których bardzo niewiele uderzyło w ten kraj. Zeszły tydzień przyniósł jednak spadki na giełdzie w Tel Awiwie. Były one dosyć umiarkowane i zdołały się przekształcić w pełnoprawną korektę. Tamtejszemu rynkowi wyraźnie zaszkodziło jednak pogorszenie nastrojów na świecie, związane m.in. ze wstrząsem naftowym. Izrael nie eksploatuje znaczących złóż ropy i jest skazany na jej import. Zbyt długa wojna zaszkodziłaby więc jego gospodarce. Z nieoficjalnych doniesień wynika jednak, że izraelscy decydenci są gotowi na wielotygodniową wojnę. Nie chcą przepuścić wielkiej okazji strategicznej. Nawet jeśli nie uda im się obalić irańskiego reżimu, to wspólnie z USA tak go osłabią, że przestanie on stanowić zagrożenie strategiczne.
Czytaj więcej
Iran był dotychczas ważnym dostawcą ropy dla Chin, odbiorcą chińskiego kapitału i broni, a także...
Zwycięstwa i ich koszty. Jak izraelska gospodarka znosi starcie z Iranem?
Yahya Sinwar, będący w latach 2017-2024 przywódcą Hamasu w Strefie Gazy, decydując się, by 7 października zaatakować Izrael, sprowokował serię zdarzeń, która doprowadziła do przebudowy Bliskiego Wschodu. Umocnił rządy izraelskiego premiera Binjamina Netanjahu, który dotychczas musiał się mierzyć z procesem korupcyjnym, protestami społecznymi oraz kruchą koalicją rządową. Na skutek tego ataku Izrael zmienił Strefę Gazy w wielkie gruzowisko i mocno wykrwawił Hamas. Zadał też serię silnych uderzeń Hezbollahowi, m.in. zabijając w 2024 r. jego przywódcę Hassana Nasrallaha. Klęska Hezbollahu przyczyniła się w grudniu 2024 r. do obalenia reżimu Assada w Syrii. Fala oburzenia społecznego na działania Izraela wobec Palestyńczyków była zaś jedną z przyczyn przegrania przez Kamalę Harris wyborów prezydenckich w USA. Po tym, jak do Białego Domu wrócił Trump, Izrael poczuł się na tyle pewnie, by w czerwcu 2025 r. uderzyć na Iran. W ramach tamtej „wojny dwunastodniowej” amerykańskie bombowce uderzyły w irański program nuklearny, a reżim ajatollachów mocno się skompromitował, pokazując, że nie jest w stanie uchronić swoich najwyższych rangą dowódców przed uderzeniami dekapitacyjnymi. Mimo klęski Iranu Netanjahu czuł wyraźny niedosyt. Obawiał się, że Teheran szybko odbuduje swój program rakietowy. O ile przed czerwcem 2025 r. Iran miał 3000 pocisków rakietowych, to po wojnie dwunastodniowej zbudował ich 2500. Izraelscy analitycy obawiali się, że do końca 2027 r. będzie miał ich 7000. Prawdopodobnie więc już od lata 2025 r. namawiał Trumpa do wznowienia wojny. Przygotowania do ataku wyraźnie przyspieszyły po wybuchu wielkich, antyreżimowych protestów w Iranie. Pojawiła się nadzieja na obalenie szyickiej dyktatury. Zarówno Trump, jak i Netanjahu publicznie obiecywali wysłanie pomocy zbrojnej dla irańskiej opozycji. Uderzenie przeciwko irańskiemu reżimowi po kilku dniach przekształciło się dla Izraela w wojnę na dwóch frontach, toczoną również z Hezbollahem w Libanie.